TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Góry Parang

20 lipca 2009 (poniedziałek) dzień 10.

Wyjeżdżamy przy bezchmurnym niebie. Dopiero dziś góry Retezat całe nam się odsłaniają. Żegnamy Retezat i kierujemy się w stronę gór Parang.  Nasz "lajtowy" dzień przeznaczamy na uzupełnienie zapasów, pranie i przejazd.

W Piertosani kupujemy mapę Parangu  z zaznaczonymi szlakami za 12,50 lei. Z Pietrosani jedziemy trasą 7A wąwozem wzdłuż rzeki Jiet. Docieramy do pensjonatu Cabana Groapa Seaca. Bierzemy pokój - 80 lei i parking na 3 dni - 15 lei.

Spis treści niniejszej strony
Refugiul Agatat, Parangul Mare, jezioro Zanoaga

21 lipca 2009 (wtorek) dzień 11.

8.00 - wyjście na szlak, trzymamy się znaków czerwonych kółek. Początkowo droga szutrowa, od zdewastowanej zapory już tylko ścieżka. 10.30 - dochodzimy do Refugiul Agatat, które jest zbudowane na skale. Wyposażone, zadbane i widać, że jest wykorzystywane.

21_pa3.jpg 

 21_pa5_ref.jpg

 21_pa6_ref.jpg

Przy wyjściu z refugiul spotykamy przesympatyczną parę Rumunów. Starsi od nas, chodzą zdecydowanie szybciej, ale utrzymują nasze tempo i torują nam drogę przez kosodrzewiny. Trochę nieskładnie idzie nam marsz z naszymi wielkimi plecakami, nasi towarzysze mają tylko puste plecaki, małą butelkę wody i lornetkę. Czegoś wypatrują na szczytach. Zapasy wody uzupełniają wprost ze strumienia. Kiedy docieramy do wielkiej łąki, nasza towarzyszka pokazuje nam różne zioła sugestywnie wskazując na co pomagają. Nasz dziurawiec też tam rośnie, ma tylko jakby większe kwiatki.

Rozstajemy się z Rumunami – oni idą zbierać jagody, a my szukamy miejsca na popas. Na ogromnej podmokłej łące zauważamy fragmenty z rozbitego samolotu.

 21_pa8.jpg

 21_par1.jpg

 21_par2.jpg

13.30 – docieramy nad jezioro Rosile (1978 m.n.p.m). Nie dostrzegliśmy „dobrze widocznego nieoznakowanego szlaku” na Parangul Mare (2518).  Idziemy więc dalej szlakiem czerwonych kółek. Przy jeziorze mijamy dwa namioty. Zamknięte i chyba puste. To dobre miejsce na nocleg. W sumie to chyba moglibyśmy zostawić tu nasze bagaże i pójść na szczyt „na lekko”, ale w końcu zabieramy wszystko ze sobą. Malowniczą trasą wśród skał i jeziorek kierujemy się na przełęcz Saua Gruiul. Wysoko na grani dostrzegamy trzech turystów z plecakami. Wcześniej rozmawialiśmy z młodym Niemcem, który tu był z małym dzieckiem (to ci z namiotu).

Duże ostre podejście na przełęcz pokonujemy w 25 minut. Tym szlakiem mieliśmy schodzić. Na naszej mapie nie jest nawet zaznaczony, ale oznakowanie w terenie jest bardzo dobre. Rozpoczynamy właściwe podejście na szczyt, które teraz trwa znacznie dłużej.

15.40 – „zaliczamy” najwyższy szczyt gór Parang – Vf. Parangul Mare (2518). Jesteśmy tu sami. Zmieniła się pogoda. Ciemnoszara chmura zakryła słońce, wieje silny wiatr, a jeszcze pół godziny temu było tak ciepło i pogodnie. Robimy zdjęcia, szukamy pamiątkowego kamienia i schodzimy.

 21_par_mare1.jpg

 21_par_mare3.jpg

 21_par_mare4.jpg

Nad samym szczytem zawisła ciemna chmura, ale mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę gór Parang. Widoczność była tak dobra, że mogliśmy zobaczyć góry Retezat i po drugiej stronie zarys Fagaraszy. Przecudne widoki!

Schodzimy trochę niżej, tu zdecydowanie mniej wieje. Znakowany szlak prowadzi granią i wiedzie w kierunku północno-zachodnim. My skręcamy na wschód i schodzimy nieoznakowaną pasterską ścieżką. Po drodze mijamy pasterza z wielkim stadem owiec, na szczęście bez psa. Prosi o papierosy, których nie mamy.

Teraz idąc z góry, wyraźnie widzimy trawers. Łatwo można odnaleźć tę nieznakowaną ścieżkę. Idąc z dołu jest to po prostu niemożliwe.

18.00 Wracamy do jeziorka Zanoaga (1909). Docieramy do obozowiska Niemców i w pobliżu rozbijamy swój namiot. Młoda para odpowiada na powitanie, ale nie nawiązują kontaktu. Zajęci są sobą i dwójką małych dzieci (ok. 3,5-5 lat). Podziwiam tych rodziców: obcy kraj, brak zasięgu, wszędzie daleko. Odwaga czy niefrasobliwość młodej mamy, miłośniczki gór?

21_par_mare5.jpg 

 21_par_mare6.jpg

 21_par_mare7.jpg

 

19.30 – umyci i najedzeni prostujemy kręgosłupy na karimacie w namiocie. Słońce schowało się za szczyty gór i od razu zrobiło się chłodno. A jeszcze przed chwilą maluchy biegały nago po skałach. Niebo zrobiło się bezchmurne. Zapowiada się zimna noc.

Daleko od domu i ludzi, zmęczeni, zachwycając się przepięknym krajobrazem zasypiamy. Nocleg w namiocie na prawie 2000 m, w Polsce nie byłoby to możliwe.

Jezioro Mandra, Vf. Paclisa, Vf. Lecul, Vf. Setea Mica, żleb Draculi, jezioro Cilcescu

22 lipca 2009 dzień 12.

Wita nas wspaniały ranek – świeci słońce, na niebie ani jednej chmurki. Wspaniale widać wszystkie szczyty góri! Rewelacja!

Czynności organizacyjno-porządkowe nie zajmują nam zbyt wiele czasu. Czekamy aż z rosy wyschnie namiot. Niemcy też się pakują.

9.00 – spakowani, wyruszamy na szlak. 10.30 docieramy do jeziorka L. Mandra (2140) – to najwyżej położone jezioro w Parangu. Dopiero o 11.05 wchodzimy na przełęcz Gruiul. Przez pół godziny uprawiamy błogie lenistwo i opalamy się wprost na szlaku. Tu zupełnie nie ma ludzi. Jak okiem sięgnąć – tyko my i góry!

 22_par2.jpg

 22_par3.jpg

 22_par5.jpg

Przepięknym szlakiem graniowym  idziemy przez Saua Paclisa (2225), Vf. Paclisa (2335), Vf. Lesul (2376). Po drodze spotykamy juhasa z ogromnym stadem owiec, które są pilnowane przez pięć karnych psów. (Niektóre opisy w internecie dotyczące groźnych psów były chyba mocno przesadzone). Rozmowa bardzo słabo nam idzie, my zachwalamy piękno tych gór, a Vladim tylko potakuje i  uśmiecha się. Częstujemy go snikersem i idziemy dalej.

12.30 - przełęcz Saua Gheresul, przerwa na kawę. Pogoda wspaniała, przepiękne krajobrazy gór uzupełniają błyszczące w dole oczka małych jezior - widok doskonały!

Omijamy szczyt  Vf. Piatra Taiata (2299) i przełęczą  Saua Piatra Taiata (2225) idziemy na Vf. Setea Mica (2278). Odległości między szczytami są spore, ale szlak prowadzi dobrze oznakowaną ścieżką tuż przy grani. Bardziej przypomina to wędrówkę po połoninach w Bieszczadach niż np. Tatry Wysokie.

15.15 - punkt widokowy przed Vf. Setea Mare (2365), tuż za Caldarea Dracului (Żleb Drakuli). To ogromna przepaść! Strome skały tworzą prawie pionowy, niebezpieczny żleb. Obserwujemy ciemne, gęste chmury, które tak jak wczoraj gromadzą się nad wierzchołkiem Parangul Mare.

16.00 - osiągamy szczyt Setea Mare. To już chyba ostatni nasz ostatni, najwyższy szczyt. Mam zasięg więc składam córce życzenia imieninowe. Chyba z tak wysoka jeszcze nikt jej życzeń nie składał. Przy okazji dowiadujemy się, że pogoda w Polsce paskudna. A u nas niezmiennie dobra aura.

Idziemy głównym szlakiem graniowym gór Parang, który oznaczony jest czerwonym i białym paskiem. Oprócz Vladima - juhasa, nie spotkaliśmy dziś na szlaku ani jednego turysty. Nawet z daleka nikogo nie widzieliśmy. Tylko my i przepiękne góry!

 22_par6.jpg

22_par7.jpg

 22_par8.jpg

Jak na główny szlak Parangu, to miejscami ma kiepskie oznakowanie. Pilnie wypatrujemy teraz odbicia, gdzieś musi tu być oznaczenie, by dojść do jeziora Cilcescu. O! Na skale odkrywamy pół czerwonego trójkącika. To nasze odbicie i zejście z grani. Odnajdujemy na skałach w trawie jeszcze trzy podobne znakowania, a potem kierujemy się już tylko ustaiwonymi z kamieni kopczykami. Powoli zaczynamy schodzić w dół. Kierując się mapą, kopczykami i intuicją mamy nadzieję, że dobrze idziemy. Po znacznej stromiźnie osypuje się rumosz skalny, widać tu ślady owczych kopytek. Głośno wyrażam swoje wątpliwości, że tędy to tylko owce chodzą. Darek autorytatywnie stwierdził, że jak owce przeszły, to i my przejdziemy. Przeszliśmy, a jakże! I niczego sobie nie zwichnęliśmy, ale to już wielka zasługa naszych kijów trekkingowych.

Już nie zwracamy uwagi na znaki, których nie ma. Wypatrujemy tylko ułożonych kopczyków. W dużej trawie nie widać nawet zarysu ścieżki. Pozostaje nam tylko własne doświadczenie i intuicja. Wielkie podziękowania należą się tym nieznanym osobom, które poukładały po trasie kamienne stożki - zapewniają świetną orientację w terenie. Ze strumienia pod skałami nabieramy wodę, a następnie obchodzimy jezioro Cilcescu (1934) od strony wschodniej. Ok. 18.00 osiągamy nasze miejsce biwakowe bezpośrednio nad jeziorem. L. Cilcescu można porównać do naszego Morskiego Oka, ale te wydaje się ładniejsze i zupełnie pozbawione turystystów.

Trudno nam znaleźć odpowiednie miejsce do ustawienia namiotu - tu podmokły teren, tam wielkie kępy traw - nigdzie nie ma w miarę równego kawałka. W końcu udaje nam się postawić nasz "domek". Jesteśmy tu sami, chociaż wszędzie odnajdujemy ślady niedawnego bytowania turystów: mocno wygnieciona trawa, świeże puszki i butelki, uskładana (sucha) kosodrzewina do palenia w ognisku. Nawet maleńkie wiórki do rozpalania ogniska ktoś przygotował.  A może ktoś tu jeszcze dzisiaj dotrze?

Między wielkimi kamieniami odnajdujemy wysypisko metalowych puszek. Tylko puszki tam leżą. Niektóre zupełnie przerdzewiałe, inne całkiem świeże. Wszystkie w jednym miejscu. Przy tej wilgotności po 2-3 latach nie będzie po nich śladu.

Słońce skryło się za górami i od razu zrobiło się chłodno. Małe dymiące ognisko daje nam niewiele ciepła. Zapatrzeni w migające płomienie, rozmarzeni siedzimy sobie romantycznie delektując się przyrodą. Jaki tu spokój! Jak daleko pozostały wszystkie problemy...

 22_para10.jpg

 22_para11.jpg

 22_para13.jpg

Na "naszym pólku" nikt się więcej nie pojawił, chociaż po tej wygniecionej trawie można by sądzieć, że ludzie często tu biwakują. Zaczynamy myśleć o niedźwiedziach. Jakoś nie możemy sobie przypomnieć do jakiej wysokości docierają - 1800 m czy 2000? Lekki niepokój - a jak nas we śnie poturbują? Snikersów i miodu nie mamy, ale zupki chińskie i sezamki też mają intensywny aromat. W pobliżu nie ma żadnego drzewa, by można było jedzenie powiesić wysoko. W końcu pakujemy wszystko do namiotu z przekonaniem, że tu niedźwiedzie nie dotrą. Wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca robimy ostatnie fotki obozowiska. Pusto tu, cicho, jakoś tak dziko i romantycznie...

Zanoaga Mare, Saua Piatra Taiata, Vf.Coasta Lui Rus, Vf.Gauri, przełęcz Saua Huluz, cabana Groapa Seaca

23 lipca 2009 (czwartek) dzień 13.

Ciepła, ale kiepska noc. Kępy traw powodowały nierówności namiotowej podłogi, której karimaty nie mogły zniwelować. Trudno nam się było odpowiednio ułożyć. W nocnych koszmarach nawiedzały nas niedźwiedzie, które czyhały na nasze ostatnie zapasy. Ale ogólnie nie było aż tak źle.

8.55 - spakowani wyruszamy na poszukiwanie jakichkolwiek znaków na szlaku. Czujemy się jak indiańscy tropiciele: uważnie obserwujemy teren, analizujemy załamania traw - może to jest ścieżka? Pogoda nam dopisuje - świeci piękne słońce, na niebie niewielkie chmurki, które dodadzą kolorytu naszym fotkom. Może troszkę zbyt silnie wieje, ale jest tak przyjemnie ciepło...

Po pół godzinie marszu dostrzegamy daleko nad jeziorem Zanoaga Mare (2018)  dwa namioty i sporą grupkę ludzi. Pewnie Polacy, ale jesteśmy zbyt daleko, by nawiązać konwersację.

 23_par2.jpg

23_par3.jpg 

 23_par4.jpg

Nasza orientacja w terenie przebiega teraz wzdłuż kopczyków z kamieni. Nigdzie nie możemy dostrzec znaków czerwonego krzyża, ale według mapy - idziemy chyba prawidłowo?

10.15 - docieramy do przełęczy Saua Piatra Taiata - byliśmy tu już wczoraj. Na długo przed wejściem na przełęcz dostrzegamy Vladima. Stał dumnie wyprostowany na szczycie grani. Czekał na nas. Dziś częstujemy go sezamkami - tylko to nam zostało. Jestem zdumiona ubiorem Vladima, który ma specjalny strój: czarne spodnie i koszulę, do tego piękny, szeroki skórzany pas i jeszcze taki śmieszny czarny kapelusik na głowie. Przez ramię miał przerzucony wełniany koc. Vladim pięknie i dumnie prezentował się na szczycie góry. Wcześniej spotkani pasterze nosili jakieś stare łachy, a tu taki piękny strój. Te kapelusiki na głowach widzieliśmy już wcześniej.

 23_par5_vladim.jpg

 23_par6.jpg

23_par7.jpg 

Kierujemy się granią na Vf.Coasta Lui Rus (2301) - to punkt widokowy. W Parangu nie powinni zaznaczać punktów widokowych słoneczkiem. Całe to pasmo to jedno wielkie słoneczko! Na przełęczy Curmatura Tiganilor (2214) robimy sobie przerwę na kawę. Parang gości nas po królewsku. Cisza, spokój, zupełny brak turystów i świetna pogoda - marzenie każdego górołaza. A my to mamy tu i teraz! Z grani na obie strony widoki rozpościerają się przecudne.

11.40 - zbliżamy się do Varful Gauri (2243), gdzie zachwycamy się kolorowymi kamieniami. Na początek trochę marmuru, a potem zielone i niebieskie kamienie, których nazw nie znamy. Trudno nam zdecydować, które zabrać na pamiątkę, ponieważ co chwila znajdujemy coraz piękniejsze.

Schodzimy ze szczytu szlakiem, który na mapie oznaczony jest jako stary, nieodnawiany. Schodzimy w kosodrzewinę. Tu jednak oznakowanie jest poprowadzone wzorcowo i kosodrzewinę przechodzimy bez trudności. Kolejna przerwa konsumpcyjna - czas na zupkę chińską i kanapki. To dziwne, przez cały rok nie jadamy tego chemicznego świństwa, a w górach smakuje nam wybornie, chociaż to już kolejny dzień niezdrowego odżywiania.

Nadal nikogo nie dostrzegamy w górach, nawet pasterzy. Parang jest zjawiskowy: bajkowa kraina, słoneczko pięknie przygrzewa, cicho szemrze strumyk, który gdzieś znika w ponorze pod skałami, a my zrelaksowani, samotnie delektujemy się tym pięknem.

Po wyjściu z kosówki znika nasza radość i zadowolenie z oznakowania szlaku. Przez ponad 2 km nie zobaczyliśmy już żadnego znaku. Kilkakrotnie rozkładaliśmy mapę, szukaliśmy punktów orientacyjnych i ... nic! Przed nami zejścia do dwóch dolin. Która jest tą właściwą? Pierwsza, a może druga? Schodzić czy jeszcze iść dalej? Miotamy się w niepewności. W końcu docieramy do przełęczy Saua Huluzul (1824). Dopiero tutaj mamy oznakowanie, tabliczki informacyjne i rozwidlenie szlaków. Gdybyśmy tak próbowali od strony tej przełęczy iść w góry, nigdy nie udałoby się nam przejść kosodrzewiny i trafić na właściwy szlak. Z przyjemnością odczytujemy informacje na tabliczkach. Do naszej cabany prowadzi szlak niebieskich kropek i w 1 i 1/2 godziny mamy tam dotrzeć. Ok! To przecież tylko droga w dół, przed 16 powinniśmy być na miejscu.

Niestety, nasza droga w dół nie była ani łatwa, ani przyjemna. I krótka też nie była! Jedyne, co można o niej dobrego powiedzieć to, że była bardzo dobrze oznakowana! Już początkowe przejście przez łąkę pozwoliło nam zetknąć się z groźnymi psami pasterskimi. Kijki, gaz i kamienie trzymaliśmy w pogotowiu, ale psy chyba tylko chciały się groźnym szczekaniem pochwalić przed bacą. Dalsza droga prowadziła lasem. Mała wąska ścieżka przerodziła się w leśną drogę - trasę do zrywki i transportu drewna. Ziemia mocno pyląca, wielkie koleiny po maszynach do zrywki drewna i ogromny nachylenie terenu. Po tych wertepach asfaltowa droga wydawała się nam jak mięciutki dywan. Było bardzo ciepło i asfalt przyklejał nam się do butów. 

 23_par8.jpg

 23_par9.jpg

 23_para10.jpg

O 16,20 meldujemy się w Cabanie Groapa Seaca. Kolejną wyprawę zaliczyliśmy z sukcesem. Jesteśmy z siebie dumni. To była wspaniała wyprawa. Zamawiamy sobie regionalne piwo, z gośćmi z cabany rozmawiamy o naszej wyprawie w góry i o dalszych planach - silna gestykulacja, mapy i trochę niemieckiego pozwalały na małą konwersację.

Tym razem dostajemy pokój 3-osobowy (z piętrowym łóżkiem) i też musimy zapłacić 80 lei. Warunki gorsze, ale cena ta sama, bo mamy do dyspozycji aż trzy łóżka. W końcu dwie ostatnie noce spaliśmy za darmo, więc średnia cena noclegu i tak wychodzi niska.

O 21.00 rusza generator prądu. Tutaj chyba każde gospodarstwo ma generator. Ładujemy akumulatory do aparatów, przepakowujemy sprzęt.

Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )