TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Góry Iezer

 

Dziś pożegnianie z górami Parang i przejazd w góry Iezer. Mamy więc kolejny "lajtowy" dzień. Żegnamy się z gospodynią, pewnie tu jeszcze wrócimy.

     24_par1.jpg         24_par2.jpg

Spis treści niniejszej strony
Monastry Cozia, cabana Voina (góry Iezer)

24 lipca 2009 (piątek) dzień 14.

9.00 - ruszamy trasą 7A w kierunku wielkiego jeziora Lacul Vidra. Asfalt kończy się po kilku kilometrach w miejscu, gdzie przebiega granica obwodów: Jud. Hunedoara  i Jud Valcea.

24_iez1.jpg   24_iez2.jpg 

Wąską drogą szutrową obfitującą w zakręty, serpentyny, strome podjazdy i zjazdy docieramy do Cabana Obarsia Lotrului. Duża kawa kosztuje tu 4 leje. Spisuję z katy dań ceny posiłków: zupa/ciorba - 6, II danie mięso/drób - 10-12, ziemniaki - 4, surówka 4,5. Ceny jak najbardziej do przyjęcia.

Na drodze trwają szeroko zakrojone prace remontowe. Wszędzie pył, kurz i wielkie głośne maszyny drogowe, a obok w domkach campingowych mnóstwo ludzi. Ależ wypoczynek!

Nasza trasa wiodła wokół jeziora Vidra, które tylko na chwilę ujrzeliśmy przejeżdżając przez most na rzece Lotru. Droga w całości poprowadzona jest przez las, co skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek obserwację.

  24_iez4.jpg   24_iez6.jpg

12.00 - nabieramy wodę z przydrożnego źródła. Sporo aut zatrzymuje się przy takich źródłach. Po drodze można też kupić miód z górskich pasiek - jest ciemny, płynny i przed kupnem można sobie popróbować. Upał w aucie powoli zaczyna nam doskwierać: 28, 30, 35 i więcej. W końcu termometr w aucie i na podwórku pokazuje 42,5 C.

Po 14.00 docieramy do XIV-wiecznego monastyru Cozia, który jest położony nad brzegiem rzeki Aluty. Pomimo upału bardzo dużo tu pielgrzymów. W cerkwi znajduje się wiele fresków. Podziwiamy przepięknie rzeźbione drzwi oraz piękny ogród wewnątrz zabudowań klasztornych. Zwiedzamy muzeum, gdzie znajduje się wiele ikon, ale i elementy militariów. Wejście do muzeum jest bezpłatne.

24_iez7_cozia1.jpg   24_iez7_cozia2.jpg

W miejscowości Ramnicu Valcea w banku wymieniamy 100 euro na 416 lei. Szukaliśmy mapy gór Iezer, ale nic nie mogliśmy znaleźć. Uzupełniamy zapasy żywności, tankujemy gaz po 1,65  i trasą 73C jedziemy do Curtea de Arges. potem przez Campalung  i Leresti,  a potem dalej wokół jeziora Rausor, które jest ogromnym zbiornikiem retencyjnym. Droga wokół jeziora jest wąska, asfaltowa, miejscami kiepskiej jakości nawierzchnia, zdarzają się osuwiska. Po przekroczniu mostu na rzece Targulu (to bardziej górski potok) droga do Cabany Voina (950m) jest już fatalna, a znacznie zwiększył się ruch samochodowy. W samej cabanie są chyba jakieś kolonie, bo wszędzie biegają rozwrzeszczane małolaty.  Na przestrzeni ok. 1 km wzdłuż rzeki rozbitych było mnóstwo namiotów. Rumuni to chyba najbardziej unamiotowiony naród jaki znamy.

24_iez8.jpg   25_iez1.jpg

19.00 - ustaiwamy auto na w miarę wolnej polanie, tuż przy rzece. Ruszamy na poszukiwanie szlaków, by jutro nie tracić niepotrzebnie czasu na odkrywanie znaków. Jest piątek, rozpoczyna sie wielkie grillowanie. Piwo skrzynkami chłodzi się w potoku. Mija nas 6-osobowa grupa turystów schodzących ze szlaku (pewnie z Papusy).

Wracamy do auta. Znamy już początek naszego szlaku - trochę przesunięty względem opisu w przewodniku Bezdroży. Trasę przewidujemy na 10-12 godzin. Zamierzamy wyjść o 6 rano.

Podczas kolacji obserwujemy naszych sąsiadów. Sporo tu ludzi w wieku przedemerytalnym. Obok nas rozbiła się duża grupa młodzieży. Już wszędzie płoną ogniska. Wszystko pięknie, tylko ten brak sanitariatów i zanieczyszczone wszystkie okoliczne krzaki i dróżki.

Postanawiamy nie rozbijać namiotu, tylko przespać się w aucie. Ewentualnie jutro wieczorem, po zejściu z gór postawimy nasz domek.

Po 22 rozbrzmiewa na pólku ludowa rumuńska muzyka. Młodzi bawią się przy dudniącej basetli, nie słuchają utworów z MTV. Jest już ciemno, a ciągle przybywają nowi turyści. Jak oni nie boją się jeździć w ciemnościach tymi drogami? Nasi młodzi sąsiedzi ładują akumulatory w autach. Oj! Długo będzie głośno! Mają też generator. Pole rozświetlają ogromne reflektory.

Do piątej rano szalała młodzież. Darek nie zasnął tej nocy, mnie udało się zdrzemnąć. Dobrze, że nas nie zaczepiali i nie było jakiejś rozróby. A ludowej muzyki rumuńskiej (do wczoraj przyjemnej dla ucha) na długo mamy dość. Bum, bum, bum ... na niskich tonach. Jakby ktoś za nerwy szarpał!

Saua Gradisteana, Vf. Papusa, Vf. Batrana, Vf. Piscanu, Varful Rosu, Vf. Izerul Mare

25 lipca 2009 (sobota) dzień 15.

6.30 - jesteśmy już na szlaku za mostkiem. Początkowo czerwone paski i czerwone trójkąty prowadzą leśną drogą. Maszerujemy tak ok. pół godziny, aż szlaki rozchodzą się. My podążamy w górę, trzymając się czerwonych pasków. Od samego początku nie zgadza nam się trasa opisywana w przewodniku Bezdroży (trasa 22). Przez 1,5 godziny "naginamy"  ścieżką ostro w górę. Idziemy po krowich śladach - te, to dopiero mają kondycję. Utrzymujemy bardzo szybkie tempo marszu. Kondycja nam dopisuje, a w lesie nie ma co zatrzymywać się i podziwiać widoków. Widzimy sporo grzybów, ale ich nie zbieramy.

25_iez3.jpg   25_iez4.jpg

W końcu udało nam się wyjść z lasu, chwilkę odpoczywaliśmy i poszliśmy dalej. Jeszcze daleka droga przed nami... Docieramy do bacówki, gdzie witają nas psy, ale baca szybko je przegania. Tym razem mamy papierosy - częstujemy, a baca bierze sobie pół paczki. Przy okazji wskazuje nam kierunek marszu na Varful Gainatul Mare (1832).

25_iez6.jpg   25_iez7.jpg

Szlak prowadzi przez łąkę. Ale jaka to łąka! Ogromne kępy traw - do 1,5 m wysokości skutecznie utrudniały poruszanie się. Pomimo trudności utrzymujemy niezłe tempo. A potem szukamy szlaku, bo jak zwykle - znakowanie jest fatalne!

Nasza mapa, intuicja i zdrowy rozsądek nie zawiodły. Na drodze pojawiają się pozostałości po dawno malowanych znakach. Zresztą cały czas w zasięgu wzroku mamy Papusę.

10.30 - według przewodnika w cztery godziny mieliśmy zaliczyć szczyt Papusa, a my nie dotarliśmy jeszcze do złącza szlaków. Przełęcz  Saua Gradisteana (1975) osiągamy pół godziny później. Szlak z przełęczy na szczyt prowadzi również wśród wielkich kęp traw. 

 25_iez8.jpg   25_ieze2.jpg

Tu drogę wyraźnie wyznaczały zimowe tyczki. Pod szczyt Varful Papusa (2391)  docieramy tuż przed 12.00. Jesteśmy w trasie 5 i pół godziny, mamy wg przewodnika 1,5 godz. spóźnienia, a przecież jak nigdy wcześniej, staraliśmy się iść szybko i nie robić długich postojów. Rezygnujemy z wejścia na szczyt Papusy. Jeżeli na 4 godziny drogi mamy 1,5 spóźnienia - to co będzie dalej? Pogoda nam sprzyja, wyszliśmy wcześnie, czas też mamy liczony z zapasem. Chwilami na graniach straszy nas silny wiatr, ale widoki mamy piękne i rozległe. Trochę chmur gromadzi się w najwyższej części Fagaraszy, ale u nas jest ciepło i pięknie.

 25_ieze4.jpg    25_ieze6.jpg

14.00 zatrzymujemy się na dłuższy postój - 20 minut trwa nasza przerwa obiadowa. Słońce ostro przypieka,a my mamy jeszcze spory kawałek do pierwszego szlaku zejściowego. Na trasie nie spotkaliśmy ani jednego turysty. Góry Iezer są przepiękne. I jeszcze ta niesamowita przejrzystość powietrza!

Po drodze mijamy dwie grupy pasterzy. Jeden z nich oprócz owiec miał osiołki, które raźnie powędrowały za nami. Nasza wielka połonina i kolejne szczyty: Vf. Batrana (2341),  Vf. Piscanu. Przed wejściem na  Piscanu kopczyki kamieni wskazują nieznakowana ścieżkę zejściową do doliny. Idziemy dalej nieco przyspieszając kroku. Po naszej prawej stronie całe Fagarasze toną już w chmurach. Z drugiej strony nadciągają inne chmurzyska - nie wróży to niczego dobrego.

25_ieze8.jpg   25_iezer1.jpg

16.20 - zdobywamy - prawie w biegu - Varful Rosu (2469). Już wiemy, że na pewno zmieni się pogoda. Nadciąga burza. Czy zdążymy zejść z grani przed burzą? Według tabliczki informacyjnej na Vf. Rosu do Cabany Voina ma być 5 godz, a wg naszego przewodnika 3,5. Przestaliśmy już dawno ufać przewodnikowi Bezdroży. W 10 godzin osiągnęliśmy szczyt Vf. Rosu, który według Bezdroży powinniśmy zaliczyć 3,5 godz. wcześniej. Jesteśmy już peni, że autor trasy 22 wcale tu nie był i na pewno w 10 godzin jej nie przeszedł! Jednak jeszcze na zejście wybieramy wariant bardziej optymistyczny - 3,5 godziny. Na samym Vf. Rosu jest już bardzo groźnie. Przed nami jeszcze wznosi się Vf. Izerul Mare (2462) - to już ostatni dziś szczyt!. Od strony Fagaraszy nadciąga burza. Tam już mocno błyska i grzmi, a my nadal na odkrytej grani. Idziemy teraz bardzo szybko. Czy zdążymy przed burzą? Całe szczęście, że szlak jest wyraźnie oznaczony!

25_iezer3.jpg    25_iezer4.jpg

Vf. Papusa tonie w granatowych chmurach. Spoglądamy na siedzibę Salvamontu w dolinie - Refiugiul Iezer - tam zaraz spadnie deszcz. A my nadal na graniach! Idziemy pod wiatr - to dobrze!. Z tyłu, za nami Vf. Rosu "trzyma" burzowe chmury.

Miało być już tylko z górki - trzeba pokonać w dół ponad 1600 m, a my niby schodzimy w dół, a co chwilę jeszcze musimy się wspinać.  Teraz szlak jest słabo oznakowany: 4-5 znaków obok siebie, a potek dłuuuuugo nic. Znowu ratują nas kopczyki z kamieni. Do naszego czerwonego paska dołączono inne oznakowanie - czerwony trójkąt i niebieskie kółko. Niestety - znaki te zniknęły tak samo szybko, jak się pojawiły. Więcej ich nie widzieliśmy.

Idziemy, chwilami wręcz biegniemy, co chwila wykręcając nogi. Byleby tylko zdążyć przed burzą! Teraz szlak prowadzi drogą szutrową - ani śladu jej na mapie! Idziemy na wprost: raz łąka, raz droga i tak zbiegamy prawie dwie godziny, ciągle szukając znaków.

W końcu osiągamy granicę drzew. Widzimy też bacówkę opisywaną w przewodniku. Witają nas trzy psy i osiołek. Psy obszczekują nas groźnie, tzn. dwa duże nas obszczekują, a mały zaczyna się łasić do nóg. Osiołek zachodzi nas z tyłu i trąca nosem. Jesteśmy osaczeni... Wołamy głośno o pomoc. Nikt nie odpowiada, bacówka jest pełna zwierząt, ale nie ma gospodarzy. Duże psy napierają na nas. Kije trekkingowe już nie pomagają, a kiedy siegamy po kamienie, psy robią się jeszcze bardziej rozjuszone. Mają pianę na pyskach i zaczyna to wyglądać bardzo groźnie. A osiołek z tyłu i mały psiak przy nogach chcą się bawić. W końcu Darek sięga po gaz żelowy. Pryska tylko jeden raz w stronę każdego psa. Psy cichną natychmiast i z podkulonymi ogonami wycofują się. Zupełnie przestały atakować. Te pieski musiały już wcześniej być potraktowane takim gazem i chyba wiedziały, co to jest. Bezpiecznie opuszczamy bacówkę. Osiołek jeszcze radośnie biegnie za nami, dzwoniąc dzwoneczkiem.

25_iezer6.jpg    25_iezer7.jpg

Tutaj już zupelnie nie ma znaków, ale widać, że to z powodu lawiny, która zabrała wszystko, co było na drodze. Odnajdujemy stromą, karkołomną ścieżkę w dół. Już nie musimy się tak spieszyć - zeszliśmy z grani, burza nas ominęła! Przez 1,5 godziny schodzimy tą spadzistą drogą. Z radością witamy (sorki) obsraną ścieżkę przy polu namiotowym. Jest Cabana Voina! O 19.50 po 13,5 godz. wędrówki docieramy do naszego auta. Jedyny czas, który zgadzał się nam z przewodnikiem Bezdroży, to czas przebiegnięcia z Vf. Rosu do Cabany Voina. Obiecujemy sobie, że po powrocie do Polski poinformujemy o wszystkim wydawnictwo Bezdroża. W końcu wydali niesprawdzone informacje, przez które mogli narazić życie i zdrowie turystów. Trasa opisana w przewodniku na 10 godzin w rzeczywistości zajmuje 15-16  i na pewno nie da się jej tak przejść w polecanym okresie jesiennym. Ktoś sobie zakpił z turystów, opisał trasę, której nigdy nie przeszedł osobiście.

Na naszym polu namiotowym zaszły istotne zmiany. Turyści z naprzeciwka odjechali, drudzy już się pakują - gotowi prawie do odjazdu. A do naszych młodych sąsiadów dojechało nowe towarzystwo. Oj! Dzisiaj to dopiero będzie wesoło! Pomni przygód z ubiegłej nocy, postanawiamy stąd wyjechać. Na pewno nie rozstawimy tu namiotu.

W rzece bierzemy kąpiel. Ciała mamy maksymalnie rozgrzane, więc zimna górska woda tylko je przyjemnie chłodzi. Po kolacji decydujemy się na wyjazd. Tylko 1 km dalej, przy moście zjeżdżamy z drogi i układamy się do snu w samochodzie. Bardzo szybko zasypiamy.

A w nocy przetoczyła się ponad nami ogromna burza, której Darek nawet nie zauważył.

Wulkany błotne i słone góry (Loperati)

26 lipca 2009 (niedziela)

Nasza noc na skraju drogi minęła bardzo spokojnie. Rano okazało się, że nie tylko my spaliśmy w aucie. Po drugiej stronie drogi budzi się rumuńska rodzinka z dwójką małych dzieci. Niektórzy mają bardzo pojemne auta.

Mycie głowy z grzaniem wody oraz pranie zajmują niespełna pół godziny. Kawę i śniadanie organizujemy sobie na parkingu z widokiem na zaporę.

Dziś mamy kolejny "lajtowy" dzień. Chcemy zobaczyć wulkany błotne. Trasą widokową 72A ruszamy do Targoviste, potem 72 do Ploesti  i 18 do Buzau. Z Buzau jedziemy 10 na Vernesti, a dalej kierują nas już drogowskazy. Kolejna droga i most w remoncie. Objazd paskudnym szutrem, ale był przynajmniej dobrze oznakowany. A potem niespodzianka: aż do samych wulkamów prowadzi piękny, chociaż wąski asfalt, który skończył się tuż za parkingiem.

Jest piękne słoneczne południe. Wstęp na wulkany 4 leje za osobę, dzieci - 2. Wulkany błotne robią na nas niesamowite wrażenie. Można tu kręcić  filmy sciencie fiction. Wulkany, a właściwie czynne, małe wulkaniki przypominają trochę kotły z bardzo gęstą, gotującą się grochówką - nie wiadomo, kiedy burchel powietrza pęknie i "zabulgocze".  Kolor tylko mają stalowoszary. Ludzie oblegają czynne wulkany, fotografują je, dotykają, chodzą po wyschniętej strukturze błotnej lawy. Sporo czasu spędziliśmy obserując tę dziwną formę natury.

Wracamy z wulkanów za sznurem innych aut. Droga jest bardzo dobra - jedziemy. Przynajmniej w Rumunii widać pieniądze UE wyłożone na drogi. Niestety, nasza radośc trwa krótko - droga  szybko się kończy w środku wioski, a my dalej próbujemy jechać taką drogą, że chyba nawet miejscowi ją omijają. Ostrożnie i powolutku omijamy wszystkie możliwe wyrwy i kamienie, modlimy się, by nasza Sienka przejechała i nic sobie nie urwała. Udaje nam się pokonać ruchomy i dziurawy most na rwącej rzece i znowu mamy asfalt!

Po 15 dojeżdżamy do Loperati - tu są słone góry, następna ciekawostka natury. Płynąca wzdłuż drogi rzeka daje nam już ogląd na te słone góry - na brzegach umiejscowione są białe, pozasychane kryształki soli. A góry? Niezbyt wysokie pagórki pokryte są błotnisto - mazistą taką biało - szarą masą. W niektórych miejscach tej soli jest bardzo dużo. Tak dużo, że góry wydają się jakby całe obsypane  śniegiem w środku lata. Piękne i niecodzienne widoki!

16.00 - postanawiamy dziś jeszcze zobaczyć "żywy ogień" - płonący metan. Płonąca ziemia Focul  Viu ma się  według tubylców znajdować gdzieś w tej okolicy, jakieś 4-5 km stąd. Spróbujemy tam dojechać. Rezerwat Focul Viu leży dużo dalej w Andreiasu de Jos, ale tu lokalnie też możemy zobaczyć "żywy ogień".

Przejechaliśmy ponad 2 km. Droga robi się coraz gorsza. Spotkani tubylcy informują, że to będzie za 4-5 km. Po przejechaniu następnych 2 km znowu otrzymujemy informację, że to będzie za 4-5 km. Droga szutrowa jest już tak fatalna, że chyba tylko jeepy mogą tu jeździć! Zatrzymujemy jeszcze młodego człowieka, który zupełnie nie wie, gdzie to jest, ale dzwoni do swoich znajomych. Często spotykaliśmy się z taką pomocą. Jeżeli osoba, do której się zwracamy nie może nam pomóc, to szuka innej, która taką pomoc udzieli. To chyba cecha narodowa Rumunów.

Okazało się, że nasze żywe ognie są jakieś 10 km od miejsca, w którym stoimy, a droga jest jeszcze gorsza niż ta, na której teraz jesteśmy. To mogą być jeszcze gorsze drogi? Zawracamy, szkoda naszego auta! Zrobiło się zresztą dość późno, a przed nami jeszcze sporo drogi do Ciucas.

W Buzau tankowanie: gaz 1,79. Przez  Magurę, Viperesti i Cislau kierujemy się na trasę widokową do  Valenii de Mute. I już jesteśmy na trasie 1A do Cheia  gdzie docieramy po 22.30. Po trasie mijaliśmy wsie, gdzie jeszcze po 21.00 były otwarte sklepy. W samej miejscowości Chela już w większości domów było ciemno, w przydrożnych pensjonatach też pogaszone światła. Planowaliśmy dotrzeć do Cabana Rosu, ale już mamy dosyć jazdy. Zatrzymujemy się za miasteczkiem na polu namiotowym pod stacją nasłuchową. Namiotu jednak nie rozbijamy, tylko szybko rozkładamy siedzenia i układamy się do snu. Jeszcze po nas dojeżdżają na pole Rumuni i rozbijają namiot.

Zapowiada się bardzo zimna noc, przydadzą się śpiwory.

 

Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )