TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Fagarasze

Spis treści niniejszej strony
Monastyr Sambata de Sus, trasa transfogarska, jezioro Balea Lac

28 lipca 2008 (wtorek) dzień 18.

Opuszczamy gorący Braszow i jedziemy w kierunku transfogarskiej.

15.00- kompleks Turisma Sambata. Jest to miejsce pielgrzymkowe - klasztor i szkoła - monastyr Sambata de Sus z XVI w. W cerkwi jakieś nabożeństwo. Obchodzimy zabudowania klasztorne. W krótkich spodenkach nie decydujemy się na zwiedzanie obiektów wewnątrz. Na parkingu sporo autokarów i mnóstwo reklam pensjonatów - miejsce pielgrzymkowe. Odnajdujemy wyjście na Moldovanu i ruszamy dalej do Victorii. Tu też jest szlak prowadzący na Moldovanu. Tędy chcemy wracać i łapać okazję do Balea Lac.

Jedziemy dalej, na trasę transfogarską. Przez dwa lata wiele się tu zmieniło. Spalona cabana już pięknie odbudowana, chyba zasypali bajorko i powiększyli w ten sposób parking. Parkingi są płatne. Jest też pole namiotowe - o cenę jednak nie pytamy. Już 19.00. Na parkingu, przy naszym aucie zatrzymuje się samochód z Wrocławia. Pięciu młodych chłopaków z Polski chciało pojeździć po tych górach rowerami. Po szczytach??? Rozkładamy więc nasze mapy, udzielamy wskazówek. Chłopcy idą na zakupy, a my przygotowujemy sie do kolacji, czym wywołujemy spore zainteresowanie wśród sklepikarzy.

Jak Makłowicz z TVP2, w plenerze, na środku pustawego już parkingu, przygotowuję jajecznicę. Darek dokumentuje wszystko odpowiednimi fotkami. Odrobina komentarza w stylu Makłowicza: "Szanowni Państwo! Dziś znajdujemy się w przepięknej scenerii gór fagaraskich. W zachodzącym słońcu błyszczą dwutysięczniki, a my serwujemy typowo polskie danie - jajecznicę z 6 jaj od kur rumuńskich..."

Wracają zdziwieni chłopcy. Ich prowiant to 5-litrowy baniak wina, 2 chleby i ser. Chłopaki zjeżdżają z Balea Lac, by rozbić namioty trochę niżej. Ceny noclegów w cabanie przyprawiają nas o zawrót głowy - 280 lei pokój , a 180 miejsce w wieloosobowej sypialni. Szkoda kasy, prześpimy się w aucie. Rozbicie namiotu nie byłoby wskazane, bo o 5 rano trzeba spakować mokry do auta na 3 dni. Dogadujemy się z najbliższym sklepikarzem. Stawiamy auto pod jego czujnym okiem. Przepakowanie rzeczy na naszą wyprawę zajmuje nam czas do 22. Zapada kolejna chłodna noc. Przez szyby w samochodzie podziwiamy gwiazdy. Ok. 23.00 obserwujemy jeszcze światła latarek wysoko na przełęczy Saua Caprei. Trochę późno na nocne, karkołomne zejście z tej przełęczy.

Przełęcz Caprei, Porta Arpasului, Vf. Mircii, przełęcz Podraguli, Vistea Mare, Moldovanu, nocleg w górach

29 lipca 2009 (środa) dzień 19.

Pobudka o 5.30, o 6.15 wyjście na szlak. Wspinamu się sprawnie z ciężkimi plecakami na przełęcz Saua Caprei (2341) Schodzimy czerwonym szlakiem nad jeziorko Capra (2245) omijamy pogrążone jeszcze we śnie pole namiotowe i idziemy dalej. Szlak prowadzi granią. Mijamy wielkie stado owiec, obserwujemy kozice - tu jest przepięknie. Kolejny poranek w górach.

28_fag1.jpg   28_fag9.jpg

9.15 - przełęcz Porta Arpasului. Spotykamy pierwszego dziś turystę - Polak z Krakowa. Nocował w refiugiu - to taki blaszany schron turystyczny. Też idzie na Moldovanu, ale przez Cabana Podragu. Krakowiak powędrował w dół, a my dalej idziemy graniówką. Przed nami łańcuchy. Przy słoneczne pogodzie zbyteczne, ale w deszczu na pewno bardzo przydatne. Przechodzimy bez problemów odcinek określany jako "trzy kroki od śmierci". Tę grań w przypadku złej pogody można ominąć, ponieważ poniżej wytyczony jest szlak oznaczony białymi kółkami, obchodzący całą grań.

Pogoda nam dopisuje. Widoczność wspaniała. Po drodze mijamy grupę Czechów, którzy dopiero składają namioty. Na kolejnej przełęczy wymieniamy grzecznościowe uprzejmości z rumuńską rodziną, a chwilę potem spotykamy cztery studentki z Poznania, które wędrują z Moldovanu na Negoiu. Na szlaku zaczyna być tłoczno.

12.30 - zdobywamy szczyt Mircii (2461). Zejście z niego dość karkołomne. Osypujący się rumosz skalny i tak dużo trawersów, że już nie wiadomo, którędy iść. Schodzimy do jeziorka Podu Giurgiului - tu też spotykamy grupę turystów. Potem wspinamy się na przełęcz Saua Podraguli (2307). Mijamy grupę turystów w kapeluszach, dziewczyny idą w spódnicach - wyglądają na jakąś sektę lub zgromadzenie.

13.30. Kolejną grupę młodych ludzi spotykamy przy źródełku, gdzie uzupełniamy zapasy wody. Pytają o czas przejścia do Balea Lac. Zgodnie z prawdą mówimy o 5-6 godzinach marszu. Informacja trochę ich podłamuje, a już wcześniej wyglądali na zmęczonych. Zresztą nie bardzo możemy się dogadać, bo oni też słabiutko z angielskim.

Nasz szlak prowadzony jest w większości graniówką, ładny widokowo. Martwi nas trochę zmieniająca się pogoda. Chmury zaczynają częściowo przesłaniać szczyty gór. Niestety warstwa chmur zakrywa też nasze Moldovanu. W sumie nie ma co rozpaczać. Zawsze możemy rozbić się pod szczytem i wejść na niego jutro.

28_fagar.jpg   28_fagar2.jpg

Za przełączą Saua Podragu dogania nas Krakus. Idziemy teraz razem, dość żwawo, trochę rozmawiamy. Krakus przygotowuje się do opisu Karawanek w Alpach Julijskich, zdradza nam też zasady zamówień przewodników. Autorzy nie wszędzie są w stanie sami dojść, ponieważ czas umowy z wydawnictwem na to nie pozwala. Często posiłkują się więc innymi artykułami i informacjami z różnych źródeł. No to już wiemy, jak powstają przewodniki Bezdroży i jak to się stało, że góry Iezer można przejść w 10 godzin!

Rozstajemy się z Krakusem - my zatrzymujemy się na odpoczynek, on idzie dalej. Spowijają nas mgły, ale chwilami mamy troszkę lepszą widoczność. Szlak jest uczęszczany i dobrze oznakowany więc nie ma problemu z zagubieniem drogi. I znowu spotykamy parę Polaków, którzy wracają z Moldovanu. Młodzi ludzie są tu już czwarty raz. Nie weszli na sam szczyt. Czekali na lepszą pogodę i w końcu zrezygnowali.

Powoli pniemy się paskudnym trawersem na szczyt Vistea Mare (2527), gdzie spotykamy dwóch sympatycznych chłopaków z Siedlec. Oni też nie mają dobrych doświadczeń z przewodnikiem Bezdroży. Podobnie jak my, nie wyrobili się w czasie idąc wg wskazówek tego wydawnictwa. Moldovanu nadal w chmurach, ale w dolinach wiatr poprzeganiał już mgły. Żartuję sobie, że umówiłam się z Moldovanu na kawę i dzięki temu szczyt pokaze nam najpiękniejsze widoki.

Wędrujemy po Vistea Mare, który ma prawie płaskigrzbiet. Potem lekko wspinamy się po skałach. Miejsce mocno eksponowane, ale skała pięknie urzeźbiona - takie klasyczne wejście na szczyt. I jeszcze jedna grupa Polaków schodzi ze szczytu. (Stanowimy tu chyba najliczniejszą grupę narodową).

15.05 - zdobywamy we mgle najwyższy szczyt Rumunii Moldovanu (2544).

28_fagar2mold5.jpg   28_fagar2mold8.jpg

Kuchenka, woda i już po chwili pijemy sobie kawę. A Moldovanu powoli, po kawałeczku, skromnie odkrywa swoje widoki. Przez pół godziny podziwialiśmy okoliczne doliny. Nie dane nam było ujrzeć wszystkiego na raz, ale i tak otrzymaliśmy piękną nagrodę. Tylko my i góry. 

Na szczyt dotarł jeszcze jeden człowiek. Zrobił kilka zdjęć i szybko zszedł. My też postanowiliśmy wracać - zaczęło grzmieć. Początkowo słabo, potem coraz mocniej. Grzmiało jeszcza, gdy schodziliśmy z Vistea Mare. Nie chcieliśmy, by burza dopadła nas na grani, więc staraliśmy się zejść jak najniżej. Burza w końcu minęła nas bokiem.

Około 17, po jedenastu godzinach marszu zaczynamy rozglądać się za miejscem noclegowym. Nie takie to proste... Na grani nie ma możliwości rozbicia namiotu. Zejście do doliny to znaczna utrata wysokości no i możliwość bliskiego spotkania z psami pasterskimi. Mijamy jeden samotny namiot na niewielkiej przełączce. W sumie moglibyśmy się tu rozbić, teren jest dośc równy. Jest dość wcześnie, a namiot zamknięty - pewnie jego właściciele chcą być sami. Idziemy dalej. Daleko, na przełęczy dostrzegamy grupę ludzi. W końcu decydujemy się zejść do dolinki pod przełęczą. Na mapie mamy zaznaczone jakieś źródełko.

Po zejściu okazuje się, że teren jest wyjątkowo podmokły. W końcu znajdujemy odpowiednio suchy fragment i starannie oczyszczamy go z owczych bobków. Ustawiamy namiot, przygotowujemy kolację i już z perspektywy namiotu oglądamy ostatni zachód słońca w Fagaraszach. Pięknie, dziko i samotnie. Jak tu cicho! Daleko na grani obserwujemy mijany wcześniej namiot i maleńkiego człowieka oświetlonego ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Trochę smutno, że to już nasza ostatnia noc w górach. Zmęczeni zasypiamy nim na dobre zapadł zmrok.

Schronisko Podragu, Saua D. Lacuri, Portita Arpasului, jeziorko Capri, szosa transfogarska

30 lipca 2009 (czwartek) dzień 20.

Ostatnia noc w Fagaraszach minęła spokojnie. W "naszej bazie" nie pojawiły się owce, nie było też psów pasterskich. Pogoda wspaniała. Już o 8 wychodzimy na szlak. Dość szybko stromym zboczem wspinamy się na przełęcz i oznakowanym szlakiem ruszamy w kierunku schroniska Podragu. Po drodze mija nas spore stadko kozic.

30_fag5.jpg   30_faga2.jpg

Ok. 9.30, tuż przed zejściem do schroniska, spotykamy Monikę i Wojtka z Gdańska, którzy podróżują po Rumunii stopem. Nocowali w Podragu, gdzie warunki nie były najlepsze, a ceny umiarkowane. Już o 10.00 możemy sami zobaczyć wnętrze schroniska: metalowe łóżka piętrowe, stare koce, pachnie butwą. Ogólnie trochę przygnębiające wrażenie. W sumie dobrze, że nie musieliśmy tu nocować. Zamawiamy sobie herbatę z malinami (2x2 leje). Jest tylko ciepła, słodzona, podana w plastikowych kubeczkach. Pół godziny później wychodzimy. Przed nami jakieś 5-6 godzin marszu do Balea Lac. Wspinamy się niebieskim szlakiem na przełęcz Saua D. Lacuri. Ostre podejście - ostre zejście i jakieś 300 m równego szlaku w dolince wśród wysokich traw. Znowu ostre podejście - trawers jest wszędzie, kamienie usypują się spod nóg. Za chwilę takie same karkołomne zejście. Momentami szlak bardzo słabo oznaczony, ale w sumie bez większego trudu da się przejść.

12.00 - czas na przerwę. Woda bezpośrednio ze źródła. Daleko widzimy dwie dziewczyny z plecakami. To pierwsze zauważone przez nas osoby po tej stronie przełęczy D. Lacuri. Po krótkim odpoczynku czeka nas kolejne ostre podejście. Mamy nadzieję, że to już węzeł szlaków. Niestety, docieramy tam dopiero po pół godzinie.

14.00 - docieramy do "okna". Kierunkowskaz wskazuje 2-2,5 godz. do jeziora Capri. Zostało nam 3 godziny drogi do naszego auta. Szlak z czerwonym paskiem zapełnia się turystami. Znajdujemy jeszcze szlak obejściowy (znakowany na biało) szlaku graniowego przy przełęczy Portita Arpasului (2175).

Skończyła nam się woda. Z załomu skalnego "nakapało" nam trochę do butelek. Już o 15.30 dochodzimy do jeziorka Capra. Pomimo wczesnej pory, spory tu ruch.Schodzą ludzie ze szlaków, szukają miejsca na nocleg. O 16.00 wchodzimy na ostatnią przełęcz - Saua Caprei. Pół godziny później docieramy do cabany Paltinu(to ten odbudowany hotel). Cały parking, gdzie stoi nasze auto jakoś dziwnie pusty - malowali białe pasy na parkingu. Nasze auto, ustawione z boku, pięknie wkomponowali w układ pasów. Dajemy sklepikarzowi jeszcze 3 leje nie biorąc biletów parkingowych i chwilę później odjeżdżamy.

Brudni, zmęczeni, ale szczęśliwi zjeżdżamy powoli transfogarską w kierunku Sibiu. To cel naszej dzisiejszej podróży, ale plany zawsze można zmienić. Zatrzymujemy się przy rzece. Trzeba się umyć i wysuszyć namiot. Woda w górskiej rzece lodowata, ale temperatura powietrza wysoka. Po posiłku postanawiamy zostać tu na noc. W pobliżu są rozbite inne namioty, więc jeden więcej nie będzie stanowił problemu. Wieczorem spoglądamy jeszcze tęsknie na górskie szczyty, z których większość tonie w ołowianych chmurach. W dolinie wieje silny, chociaż bardzo ciepły wiatr. Czyżby zmiana pogody? W sumie to dawno nie padało!

30_faga3.jpg   30_faga5.jpg

Wieczorem, przy lampkach snujemy plany na jutrzejszy dzień.

Sibiu, Cetatea Calnic, Arad

31 lipca 2009 (piątek) dzień 21.

Chociaż w nocy mocno wiało i było pochmurno, to dzień zapowiada się wspaniale. Widoczne szczyty Fagaraszy mają niewielkie zachmurzenie. Nas już tamte chmury nie smucą, niech się martwią ci, którzy teraz są w górach.

Przez nasze obozowisko przewędrowały krowy, owce i psy w poszukiwaniu resztek jedzenia. Złożone w jednym miejscu śmieci zostały przez te zwięrzęta porozciągane i porozrzucane. Widok żałosny! Całe szczęście, że stąd wyjeżdżamy. 

Plany na dziś: Sibiu, Arad, Oradea - tam ma byc nasz nocleg. Ruszamy!

SIBIU - Sybin. Dość łatwo udaje nam się znależź miejsce parkingowe przy ul. 9 MAI. Stąd mamy bardzo blisko do słynnych rynków: Piata Mica i Piata Mare, gdzie znajduje się najwiecej zabytków. Naszą uwagę przykuwają bardzo charakterystyczne okna dachowe, które wyglądają jak oczy. Nawet są nazywane "oczami miasta". Szybko odnajdujemy słynny Most Kłamców. Niestety, szukając odpowiedniego kadru potknęłam się o krawężnik, upadłam i uszkodziłam obiektyw swojego Canona, który uderzył w betonową płytę.

Obydwa rynki są zamknięte dla ruchu kołowego. Sporo tu ogródków piwnych i kawiarni rozmieszczonych wprost na ulicach. Wchodzimy na wieżę (po 3 leje za osobę), zwiedzamy katedrę, oglądamy średniowieczne kamienice na starówce. Sibiu ma wspaniały klimat, ludzie tu bardzo życzliwi.

31_sib2.jpg   31_sib4.jpg   31_sib6oczy.jpg

Szukając informacji turystycznej trafiamy na wernisaż jakiegoś artysty. Obrazy przedstawiają muzyków podczas koncertów rockowych. W sumie ciekawe malarstwo i pyszne kanapki. W informacji turystycznej dostajemy sporo reklamówek i parę map Sibiu.

Trafiamy do księgarni z dużym wyborem map. Nareszcie! Darek długo wybiera nam "pamiątki", szczególnie koncentrując się na mapach tych gór, które jeszcze chcemy zobaczyć.

Drogę do muzeum etnograficznego wskazuje nam zagadnięta na ulicy kobieta - zaprowadziła nas na miejsce. Oglądamy mumię, ale bardziej intresują nas ozdoby i zdjęcia z różnych stron świata etnografa i podróżnika Franca Bindera.

Jeszcze w spacerowym tempie robimy zakupy na Piata Mare i ok. 13.15 wracamy do auta. Upał zaczyna być uciążliwy. Przy wyjeździe z miasta stoimy w korku ponad pół godziny.

15.00 - twierdza w wiosce Calnic - Cetatea Calnic, XIII w., monument UNESCO. Twierdza zachowana w bardzo dobrym stanie, można tu nawet przenocować - 13 euro/osoba. Kustosza tej twierdzy odnajdujemy  na zapleczu remontowanej plebanii. Kustosz otwiera man bramę. Wstęp 5 lei/os., 7 lei - fotografowanie, kupujemy też widokówkę z widokiem twierdzy z lotu ptaka. Obiekt zwiedzamy przy dźwiękach średniowiecznej muzyki. Twierdza jest dość mała i już po 20 minutach opuszczamy obiekt. Lunch jemy za murami twierdzy, w cieniu wielkich drzew.

31_tcalnik1.jpg    31_tcalnik4.jpg    31_tcalnik6.jpg

15.40 - ruszamy dalej w kierunku Arad. Szukamy campingu. Na mapie niewiele mamy oznaczeń, a w praktyce okazuje się, że nawet te oznaczone na mapie - nie istnieją. W miejscowości  Radna skręcamy na Lipovą, by przejechać się mostem nad rzeką Mures. Zawracamy. W Paulis kierujemy się za drogowskazem camping 5km i trafiamy do  Ghioro, gdzie z daleka widzimy namioty, ale dojechać tam nie potrafimy. Paskudną drogą docieramy do głównej drogi prowadzącej do Arad.

20.30 - w miejscowości Vladimirescu już na przedmieściach Arad, znajdujemy motel za 80 lei za dwuosobowy pokój. Kąpiel, drożdżowe bułki i bezsilnie układamy się na twardych łóżkach z kolorową pościelą.

Arad, Oradea, Vama Bors, Tokaj, Barwinek

Noc bardzo ciepła. O 8 rano wyjeżdżaliśmy jako ostatni. Dużo wcześniej odjechali Włosi i Niemcy,

Arad - zaniedbane miasto, zrobiło na nas przygnębiające wrażenie. Cytadela widoczna tylko z szosy - obecnie obiekt wojskowy, niedostępny do zwiedzania. Zabytki w mieście ładne, ale wymagają gruntownego odrestaurowania. W centrum miasta parkingi płatne, parkometry na bilon.

Oradea - piękne miasto, bardzo czysto. Spacerowaliśmy w koszmarnym upale (42 stopnie) po starówce. Podziwialiśmy piękne secesyjne kamienice (część z nich wymaga renowacji), a te odrestaurowane prezentują się imponująco. 

Vama Bors  - przekraczamy granicę o 15.45 i od razu cofamy czas o jedną godzinę.

Tokaj - spacer wzdłuż rzeki Takta. Kemping przy rzece, ceny 1000 HUF za osobę, bez opłat za namiot czy auto. Węzeł sanitarny stary, ale jest czysto. Po drugiej stronie rzeki przystań i zespół restauracji i barów. Można popływać statkiem wycieczkowym, dobrze zjeść i kupić węgierskie wino.

19.00 - przekraczamy granicę węgiersko - słowacką. Kierujemy się na Trebisov-Svidnik-Barwinek.

21.00-  Barwinek

 

2 sierpnia 2009 (niedziela) dzień 23.

Wieczorem docieramy do domu.

 

 

 

Komentarze internautów
~ ola 09.07.2015 10:06
Potwierdzam kwestie o Aradzie. Nie za ładne miejsce, a i trafiłam (dziwnym zbiegiem okoliczności) na trzy restauracje z pod rzędu w których bylo naprawde nie za dobre jedzenie.
Polecam za to Timisoarę. Jedyne miasto w romanii z taka architektura. Pozdrowienia z Aradu
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )