TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Włochy 2008

Spis treści niniejszej strony
Misurina - camping Alla Baita

10 lipca 2008 (czwartek)

Dolomity witają nas przepięknymi widokami. W Lorezano  kierujemy się na Auronzo. Przepiękne turystyczne miasteczko mijamy dość szybko i docieramy do Misuriny niedaleko Cortina d'Ampezo.

Bez trudu odnajdujemy kemping. Towarzystwo międzynarodowe z przewagą Czechów. Nie zauważamy aut z Polski.

Warunki sanitarne dość dobre, chociaż denerwujący jest brak ciepłej wody w umywalkach (zimna woda w kranach jest wręcz lodowata - prosto z gór). Pod prysznicami ciepła woda racjonowana na przycisk, aby zbyt dużo jej nie zużyć. Dostępne są dwa gniazdka elektryczne, gdzie obowiązuje kolejka do ładowania akumulatorów i komórek.

 

Ferrata Zandonella - Croda Rossa di Sesto

11 lipca 2008 (piątek) dzień 21.

Wstajemy o 5.30. Jesteśmy jedynymi krzątającymi się osobami, bo całe pólko pogrążone jeszcze w głębokim śnie. Przygotowujemy się do zdobycia ferraty Zandonella na Croda Rossa di Sesto (2965m). Stopień trudności tej ferraty określono na 4/6. Nie mamy dokładnej mapy szlaku. Dysponujemy tylko kilkom zdjęciami mapy umieszczonej przy recepcji.

Godzinę później wyjeżdżamy w kierunku Sesto; w Auronzo kierujemy się na Padola i dalej już drogą gruntową jedziemy do schroniska Lunelli, gdzie zostawiamy auto.

8.55 - po godzinie marszu docieramy do schroniska Berti, gdzie chwilkę odpoczywamy. Przez dwie i pół godziny wędrujemy trasą oznaczoną 101 Val Popera. Szlak - początkowo łatwy i przyjemny - w wyższych partiach prowadzi przez wielkie piarżyska i obfituje w strome podejścia. Dojście do ferraty jest wyjątkowo wyczerpujące. Na trasie zupełnie pusto, jesteśmy jedynymi turystami na tym starym wojskowym szlaku. Droga została wytyczona jeszcze w czasie pierwszej wojny światowej. Po dłuższym postoju, o 12.15 ruszamy na ferratę. Czas mamy dobry i pogoda nam sprzyja.

Ferrata Zandonella poprowadzona jest fantastycznie, w dużej ekspozycji. Znaczne odległości między kotwami (ok. 10m) pozwalają na swobodną wspinaczkę po świetnie urzeźbionych skałach. Wszędzie widoczne umocnienia i stanowiska wojskowe z czasów pierwszej wojny. Wchodzimy na półki skalne, zaglądamy do niewielkich jaskiń, podziwiamy rozległe panoramy. Wspinaczka dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń.

Na szczyt ferraty Zandonella - pod krzyż - docieramy o 14. W skrzynce zamiast książki znajdujemy coś w rodzaju modlitewnika. Nie ma pieczątki - szkoda... Podziwiamy panoramę, robimy mnóstwo zdjęć. Nad nami gromadzą się chmury. Słuszymy dziwne odgłosy - jakby samolot? A może burza!!! Rezygnujemy ze zdobycia szczytu Croda Rossa, chociaż jest tak blisko. Trzeba natychmiast zejść ze szczytu!

Zejście z ferraty też ubezpieczoone jest stalową liną, która w przypadku burzy będzie robić za piorunochron! Zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Pozostanie na szczycie nie wchodzi w rachubę, trzeba natychmiast zejść. Ześlizgujemy się  więc przeskakując po skałach jak kozice. Musimy zejść jak najszybciej, bo grzmi coraz częściej i głośniej. Kiedy opuszczamy się po ostatnich stalowych ubezpieczeniach, zaczyna padać deszcz. Tylko deszczu nam brakowało!!! Skały śliskie, lina też, a zejście prawie pionowo w dół. Całe szczęście, że grzmoty trochę słabną, a my w końcu docieramy nad ogromne piarżysko. Pomiędzy rumoszem skalnym znajdujemy pozostałości drutów i różnego żelastwa z czasów wojny, trafił się nawet granat.

Deszcz zacina coraz mocniej. Przed nami jeszcze jedno ubezpieczone stalą podejście i już jesteśmy na półce skalnej z kolejnymi umocnieniami. Potem schodzimy stromym żlebem po bardzo kruchym i ruchomym piargu. W kamieniach nogi chwilami grzęzną aż do wysokości kolan. Co chwila któreś z nas wywołuje lawinę kamieni. Znowu jest bardzo niebezpiecznie - oby tylko nie skręcić nogi!

W końcu docieramy do oznakowanego szlaku, którym podchodziliśmy pod ferratę. Deszcz ustał, chmury poszły w górę - znowu możemy podziwiać przepiękne widoki.

Jesteśmy szczęśliwi, bo udało się man zdobyć dość trudną ferratę Zandonella. A był moment, że chciałam zrezygnować z wejścia...

Powrót tym samym szlakiem po paskudnym piarżysku. Zastanawiamy się, jak funkcjonowali tu żołnierze? Jak często musieli pokonywać tę trasę? Jak transportowano tu cement, amunicję i żywność?

O 17. docieramy do schroniska Berti. Znowu zaczyna padać, ale nie zatrzymujemy się w schronisku tylko idziemy dalej. W strugach deszczu, całkowicie przemoczeni docieramy do auta. O 19. docieramy na pole namiotowe. Cała trasa zajęła nam 11 godzin.

W planach mieliśmy jeszcze wieczone zwiedzanie pobliskiej Misuriny, ale jesteśmy tak zmęczeni, że pozostawiamy to na następny dzień. Szczęśliwi i spełnieni zasypiamy marząc o następnych ferratach. Dolomity są przepiękne!

 

Pożegnanie z Dolomitami

12 lipca 2008 (sobota) dzień 22.

Niespesznie pakujemy się. W nocy padało, namiot jest mokry. Śniadanie we Włszech! Marzenia się spełniają! Rozmarzeni wspominamy wczorajszą wyprawę. Było bardzo niebezpiecznie, ale udało się! Wrażeń musi nam wystarczyć do następnego roku. Jeszcze tu wrócimy.

Z kempingu wyjeżdżamy przed dziewiątą. Na pamiątkę kupujemy mapę grupy gór Sesto. Za dwie noce pobytu płacimy 38 euro.

Misurina dopiero budzi się. Niewiele osób podziwia widok odbijającego się w jeziorze hotelu. Pamiątkowe zdjęcie z charakterystycznym widokiem Tre Cime w tle. Jeszcze ostatnie zakupy. Wino i szampan - już w domu uczcimy zdobycie Zandonelli.

Wyjeżdżamy... Kierujemy się na Dobiaco, Brunco i dalej do historycznej przełęczy Brener i przejścia granicznego z Austrią. W południe mijamy przełęcz Brener i trasą widokową biegnącą równolegle do autostrady udajemy się w kierunku Insbrucka. Trasa widokowa częst przecina się z autostradą, która poprowadzona jest skalnymi półkami lub podwieszana jest na ogromnych, dochodzących do 180 m wysokości słupach. Przepiękne widoki.

W kierunku Włoch jadą prawie same niemieckie auta, trasa miejscami zakorkowana. Wiadomo - sezon urlopowy w pełni, a oszczędni Niemcy pewnie żałują 8 euro za przejazd autostradą i cisną się na zwykłej drodze.

Insbruck - stolicę sportów zimowych mijamy obwodówką. Nic nie widać zza dźwiękochłonnych barier, szkoda... Krótki postój na lunch w Austrii. Ileż to krajów tym razem przejechaliśmy?

Ustalamy dalszą trasę: Rosenheim - Salzburg - Linz, potem czeskie Budziejowice i Polska. Około 15. wjeżdżamy w chmurę deszczu. Ulewa i burze będą nam towarzyszyć aż do czeskiego Pelhrimowa.

13 lipca 2008 (niedziela) dzień 23.

W Czechach trochę kluczymy. Mnóstwo objazdów, jedziemy jakimiś bocznymi drogami. W końcu Jesien - Mikulowice - Głuchołazy. Witaj Polsko! W Częstochowie przez chwilę mamy ochotę zajrzeć na Jasną Górę, ale ogromny tłum niedzielnych pątników szybko nas zniechęca.

Wieczorem docieramy szczęśliwie do domu. Stan licznika 217 847 km. Przejechaliśmy 5307 km odwiedzając 11 krajów.

Treść nowego pytania:
Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )