TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Słowenia

Spis treści niniejszej strony
Słowenia - Predjamski Zamek

5 lipca 2008 (sobota) dzień 15.

Jeszcze przed 7 przekraczamy granicę ze Słowenią. Kierujemy się w stronę Predijamskiego Zamku (9 km od jaskini Postojna, którą zwiedzaliśmy 2 lata temu). Jeszcze zbyt wcześnie na zwiedzanie, więc na parkingu robimy sobie porządne śniadanko.

Do kasy ruszamy po 9., wtedy udostępniają zamek zwiedzającym. Płacimy po 8 euro za osobę (dość drogo, ale przecież więcej tu pewnie nie przyjedziemy) i otrzymujemy informator w języku polskim.

Zamek ma wspaniałe położenie i bardzo burzliwą historię. Sześć kondygnacji zostało pięknie wkomponowanych w skały - zbudowano go w pieczarze skały nawisowej, w miejscu gdzie znika pod ziemią potok Lokva. Zamek miał zapewnioną bieżącą wodę, a system podziemnych korytarzy zapewniał kontakt mieszkańców ze światem podczas oblężenia.

Rekonstrukcja zamku trwa od 1990r w stylu późnego renesansu, ale jego historia sięga XII w. Zamek w średniowieczu pełnił funkcję obronną. W 1483 r., kiedy władał w nim Erazm, przez rok był oblegany. Został zdobyty dopiero podstępem w 1484r.

Zwiedzających niewielu, eksponatów w zamku też niezbyt dużo, ale po schodkach sporo się trzeba nachodzić. Widoki z okien zamku na dziedziniec, gdzie odbywały się turnieje oraz piękną okolicę. Predjamski grad zaliczony!

Po 11. udajemy się w kierunku Alp Julijskich, przez Nova Gorica. Po drodze zakupy w miejscowości Kanal. Przy okazji podziwiamy przepiękny most na rzece Soca i pobieżnie zwiedzamy niewielkie miasteczko. Volce, Kobarid, Trenta. Pierwszy kmping ceny 7,5 euro za osobę i dodatkowa opłata za ciepłą wodę. Drugi: Camp Trenta - ma trochę wyższe ceny (8,60/os), ale łazienki świeżo wyremontowane, placyki pod namioty ze stolikami, bliżej na trasy górskie i ciepła woda w cenie. Towarzystwo tu międzynarodowe, ale Polaków jakoś nie widać.

Rozbijamy namiot, pakujemy się na jutrzejszą wyprwę na Jalovec . Plecak z uprzężą waży troszkę więcej - trudno, jak chcemy się powspinać, to trzeba więcej dźwigać...

Jalovec (2643m)

6 lipca 2008 (niedziela) dzień 16.

Pobudka o 5 rano. Dojeżdżamy do ostatniego leśnego parkingu, gdzie zostawiamy samochód. O 6.30 wyjście na szlak. Początek wiedzie stromo pod górę, przez bukowy las. Nudno i ciężko, momenatmi słabe oznakowanie szlaku. Mamy wątpliwości, któą drogę wybrać.

Kiedy kończy się bukowy las, trasa wiedzie w bardziej otwartym terenie: białe skały, ruchome piargi i piękne widoki z alpejską roślinnością (podziwiamy fiołki i różaneczniki). Słońce mocno przygrzewa. Powyżej 2100m rozpoczynją się kotwy i prawdziwa wspinaczka. Nie zabraliśmy ze sobą kasków, a bardzo by się tu przydały. Skały kruche i łątwo się je strąca. Na trasie pusto. W ciągu całego dnia spotkaliśmy tylko dwóch Słoweńców i Włocha (mieli kaski!). Jest niedziela, środek sezonu, pogoda w miarę stabilna, a ulubiona góra Słowaków (po Triglavie) zupełnie pusta.

Wejście po drobniutkich piargach sprawia nam dużo trudności. Wędrówka w stylu: dwa kroki do przodu, jeden lub dwa do tyłu. Kiedy skończyły się piargi, musieliśmy przejść przez zlodowaciały śnieg na bardzo stromym stoku. Raków też nie mieliśmy, ale udało się przejść bez strat. Gubimy szlak, który z trudem odnajdujemy wspinając się po skałach.

Na Jalovec (2643m) wchodzimy o 12.45. Wpisujemy się do książki, jest nawet trójkątna pieczątka z tuszem. Tylko przez chwilę możemy podziwiać widoki, bo nagle szczyt zaczyna tonąć w chmurach. Odpoczywamy do 13.15, a potem schodzimy granią. Czasami chmuru ustępują i odsłaniają przepiękne widoki. Po przejściu przez "lodowczyk" kierujemy się w dół innym, bardzo ubezpieczonym szlakiem. Stalowa lina, osadzona bezpiecznie w skałach, jest mocno naprężona. Schodzimy dość szybko, obchodzimy dolinę, nie zaglądamy do schroniska "Pod Spicą" (to dodatkowa godzina marszu). Docieramy do ściany bukowego lasu. Zmęczenie, zwątpienie - to chyba nie ten las, nie ta droga... Ale oznakowania są. W końcu Darek dostrzega w dolince na parkingu nasze auto. Jeszcze daleko, ale już nie ma wątpliwości, co do szlaku. Do samochodu docieramy dopiero po 17. Mamy za sobą jedenaście godzin wyczerpującej trasy.

Wieczorem, kiedy ustalamy trasę na następny dzień, zaczyna padać deszcz. W nocy przetoczyły się nad Trentą ogromne burze.

Mała Mojstrovka (2332m)

7 lipca 2008 (poniedziałek) dzień 17.

W nocy nad Trentą przeszły burze. Ranek powitał nas ołowianymi chmurami. Ciągle pada. Po 7. przez dłuższą chwilę mieliśmy przejaśnienia, nawet Anglicy dużą grupą szykowali się do wyjścia, ale nadal wszyscy tkwimy w namiotach.

Na Mojstrovkę możemy wyruszyć nawet w południe, to krótka 3-4 godzinna trasa. Około 10. słońce postanowiło wyjrzeć zza chmur. Wszyscy wychodzą z namiotów, zaczyna się duży ruch na pólku. Trwają gorączkowe przygotowania do wyjścia, korekta planów.

Wyruszamy po 11. Jedziemy na przełęcz Vrsic. Dzisiaj jest tu o wiele mniej aut niż zwykle. WYchodzimy na szlak o 11.30. Tabliczka: Mojstrovka 3h, Slemene - 1,30 h. Idziemy - szlak nawet dobrze i często oznakowany, dodatkowo upstrzony odchodami owiec. Po 35 minutach marszu na pobliskiej przełęczy widzimy liczną grupę turystów. Wydeptaną ścieżynką wśród rumoszu sklanego maszerujemy dalej i podziwiamy widoki. Jesteśmy na najbardziej uczęszczanym szlaku... tak pisali w przewodniku.

Około 13 docieramy do rozstaju dróg. Jest kierunkowskaz na Vrsic, na Selemene (10 min) i jeszcze jedną górkę, ale ani słowa o Mojstrovce! Ruszamy więc na tę Selemenovą Spicę (1911m). Górka niepozorna, ale za to jakie widoki z niej przepiękne - wspaniała panorama Alp Julijskich. Widać stąd mnóstwo szczytów i naszą Mojstrovkę też. Wpisujemy się do książki, przybijamy pieczątki i wracamy tą samą drogą. Sprawnie pokonujemy duże piarżysko - deszcz w nocy mocno zmoczył kamienie i teraz idzie się po tym o wiele łatwiej.

Już wiemy, gdzie przegapiliśmy wejście na Mojstrovkę. Docieramy do ścieżki, lonże i kaski ubieramy przy żlebie. Jesteśmy sami na szlaku więc spokojnie możemy potrenować przed trudniejszymi włoskimi ferratami. Szybko uczymy się właściwego przepinania karabinków tak, by linki się nie plątały. Ważne, by odnaleźć właściwy rytm wspinaczki.Jak na pierwszy raz, idzie nam całkiem nieźle. Spora tu ekspozycja, ale chmury wiszą nisko i pogoda nie chce rozpieszczać nas widokami. 300 m ferraty pokonaliśmy dość sprawnie, wyżej czeka nas już zwykła wspinaczka po dobrze urzeźbionych skałach.  Kiedy już wydawało się, ze osiągnęliśmy szczyt, okazało się, że trzeba zrobić jeszcze jedno obejście. Przed końcem poddaję się - bolą mnie ręce od zaciskania karabinków - przestaję się asekurować. W ten sposób wspinaczka idzie o wiele łatwiej, ale wzrasta ryzyko odpadnięcia ze ścianki. Taras widokowy nie spełnia swojej roli - szczyt tonie w churach, mgła przesłania już wszystko. Po 15 minutach osiągamy w końcu płaski szczyt. Jest 17.10. Mgła i silny wiatr uniemożliwiają odnalezienie skrzynki - tym razem nie wpiszemy się do ksiażki wierchowej. Pamiątkowe fotki i już schodzimy wprost do przełeczy Vrsic. Południowy stok Mojstrovki też usypany luźnym piargiem, przed nami 1h i 15 minut zejścia.

Kiedy o 18.25 docieramy na przełęcz i do auta, zaczyna padać deszcz. 10 minut później już leje, a potem znowu rozpętała się burza.

Obiadokolację gotujemy w namiocie, co zdarza się bardzo rzadko. Po 20. przestaje padać więc snujemy plany na następny dzień. Może uda się wejść na Prisojnik. Jest tm piękne Wielkie Okno - naturalny otwór w skale, widoczny z drogi. Prowadzi tamtędy trudna ferrata i zwykły szlak. Jeżeli będzie padało - pojedziemy zobaczyć źródła Soczy. 

Źródło Soczy

8 lipca 2008 (wtorek) dzień 18.

Już o 5.30 pogoda skutecznie wybija nam z głowy wycieczkę na Prisojnik. Ciągle pada. Nawet podziwialiśmy wielkie lodowe kulki gradu, który spadł na pole około 7 rano. Kiedy o 9 przestaje padać, pólko znowu ożywa. Wszędzie zaczyna się wielkie suszenie.

O 9.30 przyjechał wóz z pieczywem. Kupujemy sobie lokalne wypieki typu "burek" (bułka drożdżowa z serem na słono) i "czarny kruh", który okazuje się świetnym normalnym chlebem. Ogromną przyjemność sprawia nam zjedzenie zwykłego chleba z masłem, które Słoweńcy mają znakomite.

Deszcz znowu pada. Nie jest zimno, tylko wszechobecna wilgoć jest okropna. Siedzimy skuleni w namiocie i przeglądamy przewodniki. Namiot jest zbyt mały, by rozstawić krzesełka. Która to już herbatka dzisiaj???

Planujemy sobie trasy we włoskich Dolomitch, przeglądamy mapy i przewodniki. Po 17 w końcu na dobre się przejaśnia. Postanowiamy obejrzeć źródło Soczy. Podjechaliśmy autem do schroniska Koca pri Izvor, a potem przez 15 minut podchodziliśmy skalną, dobrze ubezpieczoną półką aż do miejsca skąd wypływa rzeka Socza. 

Cały szlak jest bardzo dobrze ubezpieczony. Poprowadzono go wzdłuż wąwozu, którym płynie rzeka. Kamienie na szlaku są stale mokre i śliskie, ponieważ woda z dużym impetem stale je moczy. Docieramy do ogromnej jamy w skale, skąd wypływa mnóstwo wody, która następnie z ogromną siłą i wielkim hukiem spada w dół wąwozu. Zdjęcia i powrót do namiotu. Krótka ta nasza wycieczka, ale dzień w górach i maleńki szlak zaliczony.

Zmienili nam się sąsiedzi na pólku. Towarzystwo bardzo sympatycznej pary Węrów (ona malutka i pulchna, on wysoki, wręcz wielki; wszystkie rzeczy mieli takie same: buty, rowery, stroje i... szlafroczki w biało-niebieskie pasy) zajęła męska para Niemców.

Właściciel kempingu obiecuje od następnego dnia piękną, słoneczną pogodę. Postanawiamy więc wybrać się na Prisojnik. W wilgotnym namiocie przeglądamy mapy i opisy tras. Przez ten deszcz opustoszało znacznie pole namiotowe.

Prisojnik (2547 m)

9 lipca 2008 (środa) dzień 19.

Pobudka o 5.30, 6.10 już jedziemy samochodem na przełęcz Vrsic. Słońce pięknie oświetla szczytowe partie gór. Podziwiamy "nasz" Jalovec. O 6.30 na przełęczy przemiły starszy pan sprzedaje nam bilet parkingoy na cały dzień - 3 euro. 15 minut później wyruszamy w kierunku Prisojnika. Prawie półtorej godziny niespiesznie maszerujemy górską ścieżką podziwiając przepiękny krajobraz i omijając wielkie osuwisko u podnóża skał. Rozstaje dróg, wytyczono kilka szlaków na Prisojnik. Wybieramy ten najprostszy, w miarę krótki. Godzinę później docieramy do Wielkiego Prisojnikowego Okna. Robimy sobie kilka fotek w świetle okna. Na zdjęciu wygląda to tak, jakbyśmy pokonali ferratę i przeszli szlak przez okno. Już wiemy, że tu jeszcze wrócimy - jest pięknie!

I tak sobie myślę, że kiedy dwa lata temu z szosy dostrzegłam duży otwór w skale, nawet nie podejrzewałam, że będziemy podziwiać panoramę tych gór z wysokości Wielkiego Prisojnikowego Okna. A jednak!

Dalsza część trasy przebiega w silnej ekspozycji, prawie całkowicie w partiach szczytowych, granią. Pogoda wspaniała, turystów niewielu. Przejrzystość powietrza sprawia, że możemy obserwować odległe Alpy austriackie. Bliżej pięknie prezentują swe wdzięki Triglav, Razor, Jalovec, Mangart. Do 11.30 smakujemy tę wzrokową ucztę, wpisaliśmy się do książki wierchowej, postawiliśmy kilak stempli na mapie i przewodniku - Prisojnik (2547m) już jest "nasz".

W drodze powrotnej wybieramy okrężną, przepiękną widokowo trasę na Marsalinę. Wspaniałe panoramy, piękne doliny, od czasu do czasu kozice i świstaki na szlaku.

Pod koniec trasy spotkaliśmy Polaków z Warszawy. Oni przeszli Wielkie Okno trasą ferratą i jak się okazało wcale tak trudno nie było. Śniegu niewiele, a jeden wąski kominek nie pozwalał na przejście z dużym plecakiem. Teraz to mocno żałujemy, że nawet nie próbowaliśmy podjąć wyzwania. Trudno, na pewno tu wrócimy!

Kiedy tak sobie dyskutowaliśmy o walorach Trenta Camp, ze szlaku Prisojnika zeszła para staruszków (tak 75+). Wszyscy byliśmy pod wrażeniem. To budujące, że w takim wieku chce się ludziom chodzić po górach.

Do przełęczy dotarliśmy po 15.30, a o 16.00 próbowaliśmy uzupełnić zapasy w Trencie. Niestety - sklep był zamknięty, chleba dziś nie będzie.

Ostatni wieczór spędzamy razem z Olą i Piotrem w barze kempingowym. Dołączyli do nas jeszcze Asia i Konrad i zrobiło się całkiem dużo Polaków na kempingu. Jak to zwykle, ostatniego dnia spotykamy ludzi, z którymi fajnie by się wędrowało po górach.

 

Mangart (2679 m), granica słoweńsko-włoska

10 lipca 2008 (czwartek) dzień 20.

Parę minut po ósmej żegnamy Trentę i wyruszamy w kierunku Bovec. Uzupełniamy zapasy żywności. Im większe miasto, tym lepsze zaopatrzenie i ceny niższe. Największe ceny są w małych, wiejskich sklepikach.

Z Bovec kierujemy się ku włoskiej granicy przez Log i Stremec. Przy wjeździe na starą górską drogę znajduje się punkt opłat - kasują 5 euro za auto. Powoli bardzo kręta drogą asfaltową wspinamy się w górę. Pogoda piękna i widoki mamy fantastyczne. Mijamy Kocę na Mangartskim Sedlu i chwilkę później zatrzymujemy się na parkingu pod wielką górą.

Sporo tu aut, towarzystwo międzynarodowe. Część osób ogranicza się tylko do podziwiania widoków z przełęczy, ale sporo osób jest już na trasie na szczyt.

Został nam do zdobycia Mangart (2679m), na którym znajdują się dwie ferraty. Według przewodnika to ok. 4 godziny marszu licząc od parkingu. Założyliśmy pięciogodzinną wędrówkę.

10.45 - stratujemy: niewielkie podejście i wybieramy szlak na prawo. Większość osób kieruje się w lewą stronę, dla nas będzie to szlak zejściowy. Wycieczka jest wyjątkowo przyjemna. Nasza ferrata przebiega w cieniu. Ekspozycja znaczna, wspaniałe panoramy, ubezpieczenia (liny i kotwy) w nienagannym stanie. Już pod szczytem doganiają nas Czesi. Idą bez kasków i uprzęży. Tak też można, bo ferrata do trudnych nie należy. My jednak wolimy mieć kaski na głowie, bo skała jest krucha, a strącane przez idących wyżej kamienie, mogą boleśnie zranić. Całe szczęście, że ruch na tej trasie jest niewielki.

13.15 - osiągamy szczyt i podziwiamy wspaniałe widoki - piękna panorama Alp Julijskich.Z trudem przybijamy pieczątkę do mapy z nazwą szczytu i wysokością. Pieczątka jest wmurowana na stałe w podstawę krzyża, ale brak tuszu i poduszeczki. Chuchaniem na stempel udało się odbić pojedyncą łabiutką pieczątkę. 

Czesi piją piwo, zajmują wszystkie dogodne miejsca siedzące i zachowują się bardzo głośno. Jedna z dziewcząt niby przypadkiem przykrywa plecakiem piękny scyzoryk jakiegoś Włocha. Włosi szybko odchodzą, a Czeszka zabiera scyzoryk do swojego plecka. Krótko cieszymy się dobrą pogodą i widokami, bo już po chwili otaczają nas chmury. Zabieramy dwa piękne kamyczki na pamiątkę.

Chcieliśmy spróbować zejścia ferratą Via ferrata Italia, poprowadzoną już po włoskiej stronie góry, ale szlak został zamknięty Zejście drugim szlakiem, który prawie w całości jest ubezpieczony linami. Naszym zdaniem to przesada, ale z drugiej strony szlak pokonują rodziny z dzieciakami, więc pewnie dlatego aż tak duże zabezpiecznia.

Do parkingu docieramy o 14.45 - rzeczywiście zajęło nam to cztery godziny. Mangart, a właściwie sam jego szczyt wstydliwie ukryty w chmurach. Silny wiatr utrudnia przygotowanie posiłku - wodę gotujemy w aucie.

16.15 - przekraczamy granicę słoweńsko-włoską w Predel . Kierujemy się na Cave i Tarvisio, a potem Tolmezzo i Ampezo. Nie korzystamy z autostrad. Drogi lokalne są w fantastycznym stanie. Po górskich drogach Czarnogóry i Słoweni jest to wspaniała odmiana.

ciąg dalszy w zakładce Włochy 2008

 

 

Treść nowego pytania:
Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )