TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Czarnogóra - kanion Tary i Durmitor

Spis treści niniejszej strony
Przejazd do Czarnogóry

20 czerwca 2008 (piątek)

Ostatni dzień roku szkolnego jest zarazem początkiem kolejnej wielkiej wyprawy w nieznane. Pakowanie i o 18.30 wyruszamy. 21 czerwca 2008 (sobota)

Odkrywamy brak jednej teczki z kserówkami dokumentów i relacjami z wypraw po Czarnogórze. Została w domu, na stole. Szkoda... Trzeba będzie poradzić sobie inaczej.

8.15 - Barwinek, kupujemy winietkę na Słowację (150 koron). 12.15 - granica słowacko - węgierska, temperatura - 32 stopnie.

13.30 za Edmond zatrzymujemy się na obiad - kanapki jeszcze z Polski. Tankujemy gaz - 4068 HUF (opłata kartą, nie wymienialiśmy forintów). Następny postój robimy sobie nad zalewem niedaleko Tompy.

19.15 - granica węgiersko - serbska. Przed nami auto z Niemcami - dość szczegółowa kontrola. Od nas celnik bierze tylko paszporty i po chwili życzy miłego pobytu w Montenegro.

W Serbii wieczorem dojechaliśmy do miasteczka Novi Sad, potem Dunaj. Potem krętą górską drogą - według mapy. Zmęczeni zatrzymaliśmy się w lesie... Rano okazało się, że to było 400 m od kempingu. Czasami i tak bywa...

Kanion Tary

Spaliśmy ok. 400 m od campingu.

Ruszamy w dalszą drogę w kierunku RUMA – SABAT. Mijamy Valjevo i dalej kierujemy się w góry. 11.30 – dojeżdżamy do miejscowości Pożega. Dość szybko i pobieżnie zwiedzamy centrum miasteczka. W Użjcach zachwyca nas mnóstwo pomarańczowych dachówek i romantyczne ruiny zamku na wzgórzu.

Droga do Prijepolje – nowiuteńki asfalt, ale luksus! Piękne widoki, zdjęcia. Mijamy Zalatarsko Jeziero, potem Nova Varos i Jabuka – granica z Czarnogórą. Po stronie serbskiej szybka kontrola paszportów i w drogę. Jedziemy parę kilometrów i nie ma kontroli Czarnogórców. W końcu docieramy do punktu. Paszporty! Celnik prosi o otwarcie bagażnika (udajemy, że nie rozumiemy, o co mu chodzi). Zagaduje nas też celniczka o opłatę ekologiczną – pobierają 10€ za samochód osobowy od 15 czerwca tego roku i zachowują się tak, jakby tych opłat się wstydzili. Płacimy, odbieramy naklejki i już możemy jechać dalej. Dobrze, że nie sprawdzali bagażnika w poszukiwaniu naszych zapasów żywnościowych. Od czerwca 2008 nie wolno nic ze spożywki wwozić do Czarnogóry – kolejne nowe przepisy. Znaleziona żywność jest od razu poddawana utylizacji i jeszcze trzeba za to sporo zapłacić. A w naszym bagażniku sporo by się rzeczy do utylizacji znalazło, oj sporo! 

Mijamy Pljevlję i udajemy się w kierunku Tary. Ok. 18 docieramy do słynnego mostu na rzece Tara – jest przepiękny: lekka finezyjna konstrukcja mostu łączącego wielki wąwóz.

W biurze turystycznym biorą nas za Słowaków. Zatrzymujemy się na campingu przy biurze (10 € za dwie osoby). Kupujemy mapę Durmitoru – 5 € i decydujemy się na rafting po Tarze następnego dnia (45 €/os + 5€ obiad).

Kanion Tary - Żabliak (Durmitor)

23 czerwca 2008 (poniedziałek)

10.00 – zbieramy się przed barem. Płynąć będziemy z Litwinami. Organizatorzy dają kaski, kapoki i po jednym wiośle, pakują nas na landrowery i wiozą w górę rzeki. Sternik usadza nas w pontonie i udziela szczegółowych instrukcji. Nie mamy problemów ze zrozumieniem tego, co do nas mówi. Języki słowiańskie są do siebie podobne. Ruszamy z dość wartkim nurtem rzeki. Przepiękne widoki. Dopływamy do zatoczki, sternik cumuje ponton, a my udajemy się w górę skał, by podziwiać wodospad. Woda wypływa wprost ze skał. Nasz sternik tłumaczy, że to woda wprost z Durmitoru.

Przepływamy pod mostem. Przepięknie wygląda most z poziomu rzeki. Tuż za nim Tara ma kilka progów – wiosłujemy na żądanie. Pontonem trochę kręci, mamy pomoczone plecy i pupy. Może extremy tu nie było, ale wrażenia cudowne! Najodważniejsi kończą spływ kąpielą w lodowatej wodzie. Bardzo wąską i wyboistą drogą organizatorzy odwożą nas do biura przy moście, gdzie mamy obiad. Zamiast ustalonej cielęciny dostajemy cienkie kiełbaski baranie, ale ogólnie posiłek smaczny, aczkolwiek trochę tłusty.

Po obiedzie ruszamy do Żabljaka. Na camping trafiamy dzięki przypadkowo poznanemu mężczyźnie, który wskazuje nam drogę. Później okazało się, że to właściciel pola. Rozbijamy namiot i idziemy do centrum miasteczka na zakupy. Poraziła nas cena masła śmietankowego – 3,69€! Kupujemy jakiś mix.

Wieczorem przyszedł do nas gospodarz z wódką. Udzielił kilku wskazówek odnośnie naszej jutrzejszej wyprawy, pochwalił się książką – przewodnikiem po Durmitorze i już więcej nie mieliśmy okazji go spotkać. Pięć dni później, pieniądze za nocleg (30€ za 5 dni) zostawiliśmy na stole w otwartym i pustym domu.

Jaskinia Ledina Pecina - Bobotov Kuk - Sedlo

24 czerwca 2008 (wtorek)

W trasę wyruszamy o 5 rano. Pogoda zapowiada się wyśmienita, na niebie tylko pojedyncze chmurki. Temperatura na razie niska - tylko 10 stopni. Pierwszy większy postój robimy ok. 7. Widoki wspaniałe, pogoda wyśmienita, tylko bardzo dokuczają nam muchy. Podczas marszu nie jest to tak odczuwalne, jednak podczas postoju muchy obsiadają całe ciało. Okropność!

Idziemy w kierunku jaskini Lenina Pecina. Tu zupełnie nie ma turystów! Błękitne niebo, cudowne góry i my! Mijamy opuszczony szałas pasterski. Do jaskini docieramy z 1,5 godzinnym opóźnieniem. Uświadamiamy sobie, że podawane na drogowskazach czasy nie uwzględniają postojów, podają czas rzeczywistego marszu. Wejście do jaskini zasypane śniegiem. Ostrożnie schodzimy niżej, Darek robi zdjęcia lodowych formacji. Potem jak kozice wspinamy się po skałach, chwilami przechodzimy po ogromnych łatach śniegu. Na szczyt Bobotov Kuk (2544) wg wskazówek mieliśmy z jaskini 2 godz. marszu - docieramy tam po 3,5. Tuż pod szczytem spotykamy grupę 6 Czechów, którzy już wracali z góry. Na szczycie wpisujemy się do książki wierchowej. W tym roku jesteśmy pierwszymi Polakami na szczycie (wpisy są od 1 maja). Mieliśmy w planach przejście na Bezimienny Wrch, ale nie ma oficjalnego przejścia ze szczytu Bobotov Kuk.

Kolejną osobą na szczycie jest samotnie wędrujący Polak. Robimy nawzajem pamiątkowe fotki i rozstajemy się. Schodzimy tą samą drogą, przez paskudny zlodowaciały śnieg. O 16.20 zaliczamy obozowisko Sedlo – tym razem tylko 20 minut dłużej niż wskazywały drogowskazy. Ale teraz robimy mniej zdjęć, rzadziej odpoczywamy i zawsze na zejściu mieliśmy dobry czas. W końcu ok. 18 docieramy do naszego namiotu, Jesteśmy mocno zmęczeni po 13-godzinnej wyprawie.

Gdzieś nad nami gromadzą się ciemne chmury, trochę grzmi. Jednak jest bardzo ciepło i nie pada. 

Monastyr Ostrog - kanion Pivy - Trsa - Żabliak

25 czerwca 2008 (środa)

Przed 9 ruszamy do monastyru Ostrog. Kręta droga prowadzi pośród gór. GPS ciągle gubi sygnał, w końcu my gubimy drogę. Mają tu fatalne oznaczenia: duże miejscowości na mapie to w rzeczywistości 3-4 domy. W końcu przed południem docieramy do monastyru. Bezpośrednio do świątyni prowadzi wąziuteńka kręta droga, śmiało poprowadzona nad urwiskiem. Klakson przed zakrętami, opanowanie i umiejętności Darka pozwalają nam bezkolizyjnie pokonać trasę. Parking i wstęp do monastyru – bezpłatne. Do świątyni można też dotrzeć pieszo. Ścieżka prowadzi wysoko w górę, pośród cienistych drzew.

Sam monastyr skromny. Ogromna fasada umieszczona w skale, widoczna z daleka i trudno dostępna. Niezorientowani - ustawiamy się w wielkiej kolejce do całowania relikwi mnicha – założyciela monastyru. Pod czujnym okiem zakonników robimy to, co wszyscy, oddając hołd prochom. W nowszej części można zapalić świece wotywne. Jest też duża noclegownia – sala z materacami do spania dla pielgrzymów. Nie kupowaliśmy żadnych pamiątek. Zdjęcia nam w zupełności wystarczą.

W drodze powrotnej pojechaliśmy zobaczyć kanion Pivy, w kierunku Stiepan Polje. Monastyr Pivy ma ciekawą historię. Został przeniesiony (cegła po cegle) z terenów zalewowych. Odtworzono (przeniesiono) 1200 m2 fresków. Ten monastyr zrobił na nas ogromne wrażenie, ale jeszcze większe sam kanion Pivy. Cudowny – wprost słów brak, by opisać te urokliwe zakątki. Niezliczona liczba kutych w skale tuneli, kręta droga poprowadzona wprost nad urwiskiem, na koniec ogromna zapora i przepiękny most. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia…, ale one nie oddadzą w pełni piękna tych widoków.

W Stiepan Polje (granica) zawróciliśmy do Trsy. Tutaj przepięknie poprowadzoną drogą pięliśmy się wysoko w górę. Z Trsy do Żabljaka prowadziła NOWA piękna droga, świeżutki asfalt. Na całej trasie nie minęliśmy się z ani jednym samochodem. Za to mijaliśmy camping w szczerym polu: baniaki z wodą, jakieś baraki, stoły. Może nam się kiedyś przyda?

Do Żabljaka docieramy po 20. Spożywczy czynny jest do 22, a prywatna piekarnia aż do 2 w nocy. Wieczorem można tu kupić świeże, jeszcze ciepłe bułeczki.

Szczyt Kulima - Sljemena - Crno Jezero

26 czerwca 2008 (czwartek) dzień szósty

O 5 rano pogoda jest fantastyczna - ani jednej chmurki na niebie. Dziś wyjście na szlak rozpoczyna się w okolicy wyciągów. Kierujemy się tylko oznaczeniami na mapie, bo oznakowania szlaku brak. Pniemy się ostro w górę. Zatrzymujemy się przy źródle. W korytku leżą monety z różnych krajów, są też i złotówki - "nasi" tu byli. Zostawiamy swój pieniążek na szczęście.

10.00 - osiągamy Kulimę (Savin Kuk 2313) i podziwiamy przepiękną panoramę. Ruszył wyciąg, niedługo potem obserwujemy dwie nieliczne grupki turystów. Rzadki to widok tutaj. Ruszamy dalej ku przełęczy, potem przez paskudne piargi i połacie śniegu. Docieramy do żlebu, w którym kiedyś były mocowane kotwy. Jakeś resztki żelastwa są, ale nie nadają się na asekurację. Ćwiczymy więc wspinaczkę skałkową bez ubezpieczeń. Trudno i bardzo niebezpiecznie! Pod nami przepaść. Upadek grozi ostrą jazdą w dół, z marnymi szansami na przeżycie. Ostra jazda! Skały kruche, ruchome - ubezpieczenie zostaje nam w rękach. Uff... osiągamy kolejną przełęcz, ale tracimy z oka i tak słabo oznakowany szlak. Pewnie szlak wiedzie przez dolinkę, która obecnie jeszcze cała zasypana śniegiem. Rozkładamy mapę, orientujemy się w szczytach i podejmujemy decyzję o dalszej wspinaczce, tak "na czuja". Czujemy się tak, jakbyśmy to my wyznaczali szlak. Widoki piękne. Te skały są stabilne, z łatwością wspinamy się po nich. Odnajdujemy oznakowania - rzeczywiście szlak musiał prowadzić przez śnieg.

12.45 - wierch Sljemena (2455), wpisujemy się do książki wierchowej, chwila odpoczynku i ruszamy dalej w kierunku Milosev Tok (2426). Szlak prowadzi grzbietem skał. Pięknie! W połowie drogi jednak zawracamy. To zbyt duża trasa na jeden dzień. Zaczyna mi dokuczać kolano, a jeszcze trzeba zejść.

W drodze powrotnej spotykamy naszego znajomego rodaka z Bobotov Kuk. Nawet nie znamy jego imienia, ale pozdrawiamy się serdecznie. Teraz on szuka szlaku na Sljemenę. Udzielamy wskazówek: my krzyczymy z jednego szczytu, on stoi na drugim szczycie, dzieli nas ogromna dolina. On jeszcze nas ostrzega przed żlebem z ruchomymi kamieniami, ale przecież my to już wiemy, byliśmy tam.

Teraz łagodnie schodzimy trawiastym zboczem w dół. Tylko początek jest taki łagodny, potem ostro pikujemy w dół. Szerokim kołem obchodzimy dolinę z wyciągami. Kiedy jesteśmy w połowie drogi, wyciąg rusza. Uruchomili wyciąg dla 4 osób na górze. My zeszliśmy samodzielnie. Jeszcze przed 16 dochodzimy do naszego auta, a 20 minut później rozpakowujemy rzeczy przy naszym namiocie.

Po 19. ruszamy nad Crno Jezero. W dzień wstęp kosztuje tu 2 euro. Po 18. bilety nie obowiązują. Obchodzimy bramkę i oglądamy w sumie dwa połączone ze sobą jeziorka. W restauracji z widokiem na jezioro, przy regionalnym piwku Niksicko (2 euro/but) jeszcze raz przeżywamy naszą wspinaczkę. Przejście żlebu było wyjątkowo trudne i niebezpieczne. Dobrze, że nam się udało.

Rezygnujemy z przejścia ścieżką do Żabljaka, jesteśmy trochę zmęczeni. Wracamy do namiotu.

Zimne Jezero - Crwena Greda

27 czerwca 2008 (piątek) dzień siódmy

Przywitał nas kolejny piękny ranek, chociaż nad ranem znowu mocno spadła temperatura. Ok. czwartej trzeba się dodatkowym kocem przykrywać, ponieważ temperatura spada chyba do zera. W dzień natomiast w dolinach jest upalnie.

8.40 - dość późno wychodzimy na szlak - dziś ma być krótsza trasa. Może Planina, może Meded? Już przy pierwszym rozstaju szlaków spotykamy trójkę Polaków z Gdańska, którzy kierują się nad Zimne Jezioro. Postanawiamy iść razem. 9.25 - wspólny postój nad jeziorem. Justyna, Mariusz i Hania okazali się wspaniałymi towarzyszami wędrówki. Postanawiamy dalej wspólnie pospacerować. Dzień na luzie. W planach mamy wspólne ejście na Crveną Gredę (2164). Trasa malowniczo prowadzi nas wśród lasów i skał. Widoki wspaniałe i oznakowanie, jak na tutejsze warunki - bardzo dobre. I tak pięknie było do 13. Potem szlak niespodziewanie urwał się, a byliśmy już tuż, tuż pod szczytem.

Nadciągneły groźne chmury, trochę zaczęlo grzmieć. Przerywamy poszukiwania szlaku i o 13.20 podejmujemy decyzję o powrocie tą samą drogą, którą tu przyszliśmy. Na pewno zmieni się pogoda!

Około 15. zaczyan padać deszcz, a zaraz potem grad. Jesteśmy już blisko Żabljaka, w lesie. Do namiotu doscieramy po 16. Jeszcze umawiamy się z naszymi towarzyszami na wspólne piwo w Żabljaku. W sumie burza przeszła bokiem.

Kiedy docieramy do baru w Żabljaku, okazuje się, że jest nas tu więcej. Poznajemy Anię i Piotra z Krakowa, którzy podróżują stopem. Do późna rozmawiamy o naszych przygodach. Ania i Piotr opowiadają nam o Albanii, my dzielimy się wspomnieniami z Rumunii i Bułgarii. Gdańszczanie opowiadają o spływach kajakowych.

Rozstajemy się po 23.To nasza ostatnia noc w Żabljaku i Durmitorze. Droga jest słabo oświetlona, korzystamy z latarek. W drodze powrotnej, bardzo blisko nas słyszymy, jak jakiś facet strzela do szczekającego psa. Skowyt psa i cisza... Trochę zaniepokojeni przyspieszamy kroku. Czyżby dlatego tutaj prawie nie ma psów...

 

Pożegnanie z Durmitorem: przełęcz Sedlo - Sedlena Greda

28 czerwca 2008 (sobota) dzień ósmy

Wyjeżdżamy z pólka o 8.40. Chwilę potem spotykamy naszych wczorajszych znajomych, którzy wybierają się do Lediny Peciny. Tyle im wczoraj naopowiadaliśmy, że postanowili sami wszystko zobaczyć.

Ostatnie zakupy w Żabljaku i ruszamy na Przełęcz Sedlo (1907). Stąd można wyruszyć bardziej uczęszczanym szlakiem na Bobotov Kuk, (3,5 godz., a nie 5,5 jak z Żabljaka). Nas interesuje przeciwny kierunek. Wybieramy się na Sedleną Gredę (2227).

9.45 - wyjście na szlak. Przepiękna trasa widokowa. Szlak w końcowej części poprowadzony śmiałą graniówką. Oczywiście bez żadnych zabezpieczeń. Na sam szczyt docieramy o 11.30. Parę pamiątkowych fotek i zejście. 12.45 - docieramy do parkingu. Pół godziny później na dobre żegnamy się z Durmitorem i udajemy się w kierunku Kolasina.

Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )