TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Chorwacja, Słowenia i Austria

 

Spis treści niniejszej strony
Lednice - Valtice (Czechy)

23 czerwca 2006 (piątek) ruszamy późnym wieczorem. Jedziemy trasą: Białystok-Warszawa-Katowice-Cieszyn. Przed Cieszynem podziwiamy nową dwupasmówkę, którą dojeżdżamy do granicy. Bocznymi drogami - nie autostradą - podziwiając piękne widoki, kierujemy się na Novy Yiczin, a potem w kierunku zamku w Lednice, gdzie docieramy ok. 14. Jest sobotnie popołudnie, na parkingu obowiązują bilety z parkometru (trzeba mieć monety!) - 40 koron.

Zwiedzamy przepiękny neogotycki zespół pałacowo - parkowy z XIX w. Ogród, palmiarnia, oceanarium, efektowne rezydencje - wszystko to wpisane na listę UNESCO. 7 km dalej, w Valticach, kolejna monumentalna, efektowna rezydencja. W sumie na wejściówki i parkingi wydajemy 250 koron. Autocamp Apollo to wydatek 220 koron za dwie osoby. (Bardzo przyjemny kemping).

Austria, Słowenia - przejazd; Chorwacja - Jeziora Plitvickie

25 czerwca 2006 (niedziela)

Czechy, kemping Apollo. Wstajemy wcześnie i już o 8.00 wyruszamy w dalszą drogę na przejście graniczne z Austrią. Z Breclav to tylko kilka km i już śmigamy po drogach Austrii. Domki czyściutkie, zadbane, sporo kwiatów, ale ludzi wcale nie widać. Na stacji benzynowej kupujemy winietkę na autoban - 7,6 € na 10 dni. Na polach podziwiamy ogromne bele słomy poukładane w  formie kotków, misiów itp.

Wiedeń - szybki, sprawny i bezproblemowy przejazd w kierunku Grazu. Pomimo, iż ruch niewielki (niedziela) huk z autostrady jest ogromy. Autostrada do Klagenfurtu jest w przebudowie, więc sporo tu ograniczeń prędkości, głównie do 80 km.

Do Słowenii wjeżdżamy przez St. Andra, St. Paul. Lavamund i Slovenji Gradec. Całą Słowenię przejechaliśmy bez wymiany - nigdzie nie było kantoru: Valenje, Celje, Krsko, Novo Mesto i Karlovac. Specjalnie ominęliśmy autostrady w Słowenii. Nałożyliśmy w sumie ok. 100 km, ale warto było podziwialiśmy piękne widoki. Granicę z Chorwacją przekroczyliśmy ok. 18.00. Wymiana euro na granicy po złodziejskim kursie. Za 100€ dają nam tylko 697 kun. 

W Karlovac z trudem odnajdujemy stację z gazem. Cena gazu jest fantastyczna - 3,05 kun, co daje nam cenę 1,6 zł za litr. Na kemping Corana w pobliżu Jezior Plitwickich docieramy już po 21.00. Kemping drogi - (173 kuny za dwie osoby to prawie 25 € za noc), ale czysto tu, jest bar i prąd mamy wliczony w cenę pobytu.

 

26 czerwca 2006 (poniedziałek)

Jeziora Plitvickie są wpisane na listę UNESCO. Już po ósmej mamy wykupione bilety. Zbiera się spora grupa ludzi i kolejką wiozą nas wysoko w górę na spotkanie z cudami przyrody. Na piechotę wędrujemy po drewnianych kładkach i obchodzimy szmaragdowo - turkusowy kompleks 16 połączonych ze sobą jezior. Zachwyca nas ogrom przelewającej się wody, jej przejrzystość, koloryt. Cudowne!!! W przerwie wędrówki podróż statkiem - wliczona w cenę biletu (85 kun/os). Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia... To koniecznie trzeba zobaczyć. Żadna fotka, żaden film nie odda tego krajobrazu i klimatu.

W miarę naszego zwiedzania i upływu czasu przybywa ludzi, robi się wręcz tłoczno! Dominują Polacy i Rosjanie.

O 14.30 wracamy, w barze sprawdzamy ceny: 1/2 l wody - 9 kun czyli 3 litry gazu, 1 gałka lodów to wydatek 1 €. Szok! Chwilka zastanowienia i zmieniamy całkowicie plan naszej podróży. Bez lodów możemy wytrzymać, trzy zgrzewki wody mamy w bagażniku, a przy tych kosztach paliwa możemy spokojnie zwiedzić całą Chorwację. Mamy czas, mamy zapas żywności (konserwy z Polski), mamy przewodniki i mapy, a paliwo jest takie tanie, że można zrobić objazd całego kraju. Ruszamy więc do Szybenika nad Adriatykiem. Tam jest Park Narodowy KRKA.

Po drodze wymieniamy na poczcie 100 € na 710 kun . W Szybeniku trochę kluczymy zanim udaje nam się znaleźć kemping. Rozbijamy namiot wśród Niemców. Morska kąpiel o zachodzie słońca. Na pólku węzeł sanitarny w porządku, w łazienkach czysto, prąd wliczony w cenę. Wieczorem, przy latarkach, wertujemy przewodnik i snujemy plany na następny dzień.

Szybenik, park KRKA

27 czerwca 2006 (wtorek)

Wstajemy wcześnie, bo już o 7.00 nie daje się w namiocie wytrzymać. Poprzedniego dnia temperatura w cieniu dochodziła do 37 stopni, a teraz ma być wyższa. Już po ósmej żegnamy się z Niemcami i ruszamy w kierunku Szybenika. Auto zostawiamy na ogromnym parkingu na nabrzeżu (10 kun). Brzegiem morza docieramy do starówki. Miasto położone jest na wzgórzach nad zatoką. Przepiękne domy z kamienia, jakby poprzyklejane do skał, pięknie wkomponowane w otoczenie. No i te pomarańczowe dachówki. Zabytkowa starówka Szybenika jest wpisana na listę zabytków UNESCO.

Zwiedzamy gotycko-renesansowe wnętrze katedry św. Jakuba. Ten kościół uznawany jest za jeden z najcenniejszych zabytków sztuki sakralnej Chorwacji. Szukamy wejścia na basztę obronną św. Anny. Po drodze zwiedzamy muzeum regionalne - dwie sale z replikami rzeźb z Dubrownika (wstęp wolny). W końcu trafiamy na twierdę, a właściwie jej ocalałe fragmenty. Według przewodnika wstęp miał być wolny. Niestety, musimy uiścić opłatę po 10 kun za osobę. Widok z baszty wart był tej ceny.

Poszukując twierdzy trafiliśmy też na cmentarz. Nekropolia różni się od naszych cmentarzy. Tu nagrobki kute są bezpośrednio w skalnej ścianie.

Spacer po bardzo wąskich uliczkach z mocno wyślizganymi kamieniami dostarcza nam wielu emocji. Większość starych kamienic ma piękne fasady z mnóstwem rzeźbionych kolumn, elementów herbów itp. Ceny w podwórkowych restauracjach podobne do polskich, ale w raczej puste stoliki tam stoją. Przy takiej temperaturze nikt o jedzeniu nie myśli...

Z Szybenika udajemy się w stronę Parku Narodowego  KRKA. Kupujemy bilety w kasie (50 kun/os.) i autobus wywozi całą grupę turystów na szczyty gór, skąd rozpoczyna się nasz szlak pieszy. Mapa na początku szlaku wygląda zachęcająco. Ruszamy drewnianą kładką. W krystalicznie czystych ciekach wodnych podglądamy jakby oswojone ryby. Wszędzie słychać polską mowę, często też język rosyjski.

Oglądamy wodospady, podziwiamy krajobrazy, robimy zdjęcia. Najpięknięsze plenery są mocno oblegane przez fotografów, więc cierpliwie oczekujemy na swoją kolej. Widoki w parku są niesamowite. Koloryt wody, zieleń, skały - pięknie to sobie natura wymyśliła. Najbardziej jednak zadziwia nas fakt, iż w parku narodowym wolno się kąpać. "Miejska plaża" została urządzona przy największym i najpiękniejszym wodospadzie. Co prawda dno tu bardzo śliskie, skaliste i nieprzyjemne, ale kąpiel niesamowita.

Trasa spacerowa wytyczona w parku jest dość krótka - razem z kąpielą zajęło nam to ok. 2 godzin. Przy wyjściu zorganizowano maleńkie muzeum - skansen, gdzie w młynie wodnym mieli się kukurydzę.

Powrót na parking przy kasach - autokarem. Na parkingu nieliczne drzewa daja niewielki cień. Temperatura przekracza 35 stopni. 

Ruszamy w dalszą drogę. Zamierzamy dotrzeć na Riwierę Makarską, ale nie Magistralą Adriatycką, tylko trasą widokową biegnącą w głębi kraju. Trochę błądzimy (słabe oznakowanie dróg - Knin, Snij, Mimice). Trasa przepiękna, poprowadzona dość wysoko w górach, przepiękne widoki, mnóstwo zakrętów. Docieramy do Magistrali Adriatyckiej - ależ piękna trasa!

Na pole namiotowe w Basko Polje docieramy po 19. "Nasi" tu są - rozbijamy się obok sypatycznych Ślązaków. Jesteśmy zmęczeni upałem, wrażeniami, no i drogą. Czas odpocząć, zaaklimatyzować się i zaplanować trasę na najwyższą górę parku Krajobrazowego Biokovo - Św. Jure 1762 m n.p.m.

 

 

Makarska, masyw Biokovo i Św. Jure

28 czerwca 2006 (środa)

Źle spaliśmy! Zbyt gorąco - namiot otwarty, temperatura nad ranem spadła do 28 stopni(!) i te nieznośne cykady!

Makarska - piękne miasteczko! Przystań, piękne jachty, niewielki port, białe domki z czerwoną dachówką malowniczo osadzone na okolicznych wzgórzach, mnóstwo zielonej roślinności, kwitnące oleandry... Parking - 7 kun/1 godz. Zwiedzamy miasteczko, w centrum odnajdujemy informację turystyczną, gdzie kupujemy mapę całego masywu Biokovo. Tubylcy ostrzegają przed wspinaczką - to trudna góra i lepiej tam drogą asfaltową wjechać, a nie wchodzić szlakiem. Ale my chcemy się powspinać, nie straszne nam trudy! Chcemy wejść na Św. Jure od podstaw, 1600 m przewyższenia.

Wracamy na pole namiotowe. Popołudnie chcemy spędzić na kamienistej plaży. Żar się z nieba leje, woda bardzo ciepła. By bezpiecznie pływać przydają się plastikowe buciki. Nie wytrzymujemy długo, przenosimy się w cień i studiujemy nową mapę, ustalamy trasę. Na Św. Jure szlakiem idzie się 5-6 godzin i drugie tyle czasu potrzeba, by wrócić (no, może trochę mniej).

Późnym popołudniem wybieramy się na romantyczny spacer promenadą. Piękne krajobrazy, delikatny zapach drzew piniowych. Sporo naturystów bez kompleksów prezentuje swoje wdzięki w zachodzącym słońcu.

Spać idziemy wcześnie, bo na czwartą zaplanowaliśmy sobie pobudkę. Czeka nas ok. 12 godzin marszu w pełnej ekspozycji. Ogarniają mnie wątpliwości, wszyscy w informacji odradzali to wejście. To jednak 15 km marszu w słońcu pod górę, no i trzeba jeszcze wrócić...

29 czerwca 2006 (czwartek)

Pobudka o 3.45. Jest ciemno! O 4.15 jedziemy do Makarskiej. Szukamy oznakowań szlaku - nic nam się z mapą nie zgadza. Przez prawie 1,5 godziny szukamy wejścia na szlak. Miejscowi pokazują różne kierunki lub kierują nas na szosę do Św. Jure. W końcu przed szóstą docieramy do wsi Makar, skąd możemy wyruszyć na szlak. W plecakach mamy 7 litrów wody, po 2 kanapki i czekoladę. Wychodzimy trochę zdenerwowani, szkoda straconego czasu. Jak słońce wzejdzie, będzie gorąco. Już temperatura jest w granicach 30 stopni. Pniemy się w górę, co chwila odpoczywamy i wściekamy się na kiepskie oznakowanie szlaku. Czerwone kółka z białym środkiem widzimy na kamieniach bardzo rzadko. W końcu znajdujemy własny rytm marszu - chcemy w cieniu pokonać jak największą część trasy. Widoki przepiękne. Podziwiamy całą zatokę z góry. Widać kilka okolicznych miasteczek, płynące po morzu promy, cudowną zieleń. Robimy dużo zdjęć. Jest pięknie!

Do pierwszego punktu oznczonego na mapie (przy schronisku Vosac 1422 m) docieramy w 3 godz. i 15 min. Czas podany na szlaku to 3 godziny - jest dobrze. Przed nami - według kierunkowskazu - 2,5 godziny marszu na Św. Jure. W Chorwacji wszystkie szlaki są oznaczone czerwonym kółkiem z białym środkiem. W miejscu węzła szlaków bywają umieszczane tabliczki kierunkowe. Częściej kierunki są wyznaczone wprost na kamieniu. Przy tak znakowanych szlakach trudno znaleźć właściwy. To nie Polska i Słowacja, gdzie turysta kolorowymi oznaczeniami szlaków prowadzony jest "za rączkę". Tutaj idąc pierwszy raz zupełnie pustym szlakiem, wcale nie ma się pewności, czy zdążą się we właściwym kierunku. Mapa, słońce, intuicja i zdrowy rozsądek to najlepsi przewodnicy.

Pierwszą część trasy pokonywaliśmy w większości w luźnym piargu stale nabierając wysokości. Wschodzące słońce jeszcze kryło się za górą, więc trasa była w miarę przyjemna. Od rozstaju szlaków przy schroniksu Vosac trasa przebiegała inaczej: 50-100 m wspinaliśmy się w górę, by za chwilę zejść 20-40 m w dół. I tak cały czas. Widoki przepiękne. Kiedy już zza innych szczytów ukazała się nasza góra i wydawała się tak bliziutko. Okazało się, że trzeba ją obejść, bo przed nami ogromna dolina. Szliśmy grzbietem pasma, wznosząc się i opadając naprzemian. Cały czas mieliśmy naszego Św. Jure przed oczami. Widzieliśmy ludzi spacerujących po szczycie przy wieży telewizyjnej, widzieliśmy krętą asfaltową drogę, po której auta wwoziły ludzi na sam szczyt. W końcu i my dotarliśmy do szosy i po grubej linie wspięliśmy się na sam szczyt.

O 12.15 po ponad 6 godzinach marszu dotarliśmy do celu - Św. Jure (1762 m). Obeszliśmy wieżę telewizyjną, po drugiej stronie "odkryliśmy" maleńki murowany kościółek. Zejście tą samą drogą po linie. Wspinaczka i zejście po linie były bardzo męczące. Asfaltem skracamy sobie część trasy zejściowej i już po godzinie docieramy w pobliże schroniska Vosac. Do Makarskiej mamy jeszcze ok. 2,5 godz. marszu. Pomimo upału czujemy się dobrze, ale kończy nam się woda. Na drogę powrotną zostawiliśmy sobie tylko po 1 litrze wody - zejście w znajomym już terenie. Niestety, nie wzięliśmy pod uwagę, że zejście odbywa się w pełnym słońcu, w ogromnym upale. Żar odbija się od białych skał i przez to jest jeszcze bardziej gorąco. Organizm domaga się wody. Ręce i nogi mamy coraz bardziej opuchnięte, zaczynają boleć stopy. Coraz trudniej zrobić krok, by nie trafić na osuwające się kamienie. Racjonujemy sobie wodę. Maleńki łyk i chwilę później ciało pokrywa się potem. Na krótko, pot wysycha i skóra piecze. Wody! - domaga się nasz organizm. Nieliczne drzewa dają nikły cień. Zaczyna nam brakować sił, często odpoczywamy.

Ostatnia godzina zejścia to koszmar. Objawy odwodnienia organizmu i początki udaru. Totalne zmęczenie. Przy odpoczynku nie siadamy. Istnieje realna obawa, że mozemy nie wstać. Gorące skały nie dają wytchnienia. Krok mamy niepewy. Mamy świadomość kontuzji, ale wszystko nam obojętnieje. Pojawiają się mroczki przed oczani. Nie wygąda to dobrze...

Sił dodaje widok naszego autka na parkingu w końcu wsi Makar - zostało tylko 30 minut marszu. A w aucie jest woda!!!

Darek przyspiesza, ja zwalniam. On dociera do samochodu, ja wchodzę do pierwszego domu i proszę o wodę. Na zacienionym podwórku trzech panów leniwie sączy piwo. Widzę kran, zaczynam łapczywie pić nie czekając na zaproszenie. Jeden z Chorwatów podchodzi do mnie i pokazuje, jak należy ochłodzić ciało. Trzeba zmoczyć głowę (całą, najlepiej od razu pod kran), potem ręce, brzuch i nogi, następnie mały łyk wody i znowu powtórzych ochłodzenie ciała. Pić małymi łyczkami, z przerwami. Co za ulga...

Mężczyźni podziwiają mój wyczyn, ale i mocno krytykują. Myślą, że byłam sama i że idę z Vosaca. Kiedy wyjaśniam, że idę z mężem, który jest już na parkingu i że zdobywaliśmy górę Św. Jure, Chorwaci tylko kiwają głowami i mówią: "Dobro, że żywo!" A ja dopiero traz uświadam sobie groźbę sytuacji.

Nabieram w butelki zimną wodę, dziękuję mężczyznom za pomoc i niosę Darkowi, który przy aucie delektuje się gorącą wodą z samochodu. Woda z auta była tak gorąca, że parzyła w usta. Pokazuję Darkowi, jak ma schłodzić ciało i oboje polewmy się wodą. Cudowne uczucie!

16.30 - to czas zejścia ze szlaku, trzeba wracać na pole namiotowe. W Basko Polje dłuuuugo stoję pod zimnym prysznicem i nie mogę nacieszyć się wodą. Nareszcie odpoczynek.

Wieczorem z sąsiadami ze Śląska pijemy winko, by uczcić nasz sukces. Dzielimy się wrażeniami, tyle emocji! Adrenalina dodaje nam siły, by gadać do północy.

Tego dnia temperatura na pólku wynosiła 43 stopnie, a w górach od strony południowej i zachodniej było jeszcze cieplej.

Magistrala Adriatycka, Dubrovnik, Orebic, Korcula

30 czerwca 2006 (piątek)

Wita nas chłodniejszy ranek - termometr wskazuje 27 stopni. Zmienił się kierunek wiatru, cykady trochę ucichły i jest jakby bardziej rześko. Opuszczamy Riwierę Makarską i Magistralą Adriatycką udajemy się w kierunku Dubrownika. Po trasie znajduje się 5 km pas ziemi należący do Serbii i Czarnogóry. Na granicy celnicy nie oglądają nawet naszych paszportów, gestem nakazują dalszą jazdę. Kolejna granica i znowu jesteśmy w Chorwacji. Do Dubrownika wjeżdżamy przez piękny nowoczesny most. Już z daleka widać potężne mury starego miasta. Mamy problem z parkowaniem, ostatecznie znajdujemy miejsce 10 kun za godz. (w sumie 30). Zaopatrzeni w wodę, aparaty, okulary i czapki ruszamy obejrzeć kolejny zabuytek wpisany na listę UNESCO. W poszukiwaniu bramy wejściowej obchodzimy starówkę i wchodzimy przez główną - zachodnią bramę. Przez kilka chwil przyglądamy się miastu od wewnątrz, ale szybko udajemy się na mur obronny, który pozwala spojrzeć na DUbrownik i okolicę z góry. Bilety wejściowe na mur obronny to 50 kun/os, za dodatkowe 40 kun można jeszcze otrzymać polską, telefoniczną wersję przewodnika. Potężne i szerokie mury obronne mogą pomieścić tłumy zwiedzających. Wędrujemy - wszędzie mnóstwo Polaków i zachwyty w stylu: "ku...a jak tu pięknie". Rzeczywiście Dubrownik sprawia niesamowite wrażenie. Podziwiamy przepiękne domy i kościoły z kamienia, czerwone dachówki. Kamienne posadzki wyślizgane przez tysiące stóp turystów. Aż trudno uwierzyć, że 15 lat temu na Dubrownik zrzucono ponad 400 bomb. Nie ma już śladów po wojnie. Tylko wprawne oko może odróżnić stare dachówki od nowych. W tym słońcu wszytkie są intensywnie czerwone.

Na murach słońce intensywnie przypieka. Nie sposób wytrzymać tu bez nakrycia głowy i okularów. Robimy wiele zdjęć. Wciskamy się do zakamarków, wchodzimy do baszt, podziwiamy skoki do wody i piękne jachty. Aby dokładnie zwiedzić Dubrownik potrzeba 3-4 dni. Nie mamy tyle czasu - widzieliśmy niewielką cząstkę i już udajemy się dalej.

Ruszamy w kierunku półwyspu Peljesac, do miasteczka Orebic.

Do Orebic dociermy przed 17. Wybieramy pole namiotowe Glavna Plaża, za ulicą mamy piaszczystą plażę i Adriatyk. Pole namiotowe jest malutkie, przydomowe. Węzeł sanitarny zajmuje więcej miejsca niż plac do rozbicia namiotów. Wyposażenie super: WC z bidetami, prysznice, kuchnia, nawet deska do prasowania i żelazko. Za lodówkę i prąd trzeba dodatkowo zapłacić. Rozbijamy namiot. Bardzo przydaję się młotek, bo podłoże kamieniste i szpilki nie chcą wchodzić. Wieczorem idziemy promenadą do miasteczka. Senne i puste w dzień miasteczko, wieczorem ożywa. Zapełniają się kawiarenki, czynne są sklepy, stragany. Wszędzie słychać polską mowę. Trochę tu tłoczno! W informacji turystycznej dowiadujemy się o rozkładach  i cenach promów na wyspę Korcula i do miasteczka Ploce. Do północy spacerujemy deptakiem wzdłuż morza, podziwiamy pięknie oświetlone pobliskie wyspy.

1 lipca 2006 (sobota)

Poranek wita nas miłym wiaterkiem i piękną pogodą. Niestety, nie da się pospać dłużej, bo już o 7 nie sposób w namiocie wytrzymać. Plażowanie i kąpiele szybko nam się nudzą. Zresztą na plaży robi się wyjtkowo tłoczno i hałaśliwie.

Prom na przystani jest tylko dla osób z samochodami, nam pozostaje dżonka - niewielki stateczek, który za 12 kun/os zawozi nas na Korculę. Korcula - miasteczko jak z bajki, położone na wyspie o tej samej nazwie. To tki Dubrovnik w pigułce. Podobno Marko Polo pochodził z Korculi. Plan starego miasta przypomina rybi szkielet. Stare miasto - układ ulic, zostało tak pomysłowo zbudowane, że mają do niego dostęp ciepłe wiatry (jugo), a nie docierają zimne (bora). Wąskie kamienne uliczki, domy bardzo blisko siebie, przepiękne kościółki, a wszystko to opasane ogromnymi murami obronnymi. Cała starówka jest niewielka (300m x 170m).

W drogę powrotną na stały ląd udajemy się małym statkiem TAXI. Cena taka sama. Na zatoce jest duża fala, więc stateczkiem nieźle kołysze. Po powrocie znowu kąpiele i plażowanie, które się szybko nudzą. Zastanawiamy się nad wyprawą na kolejną wyspę Milet. Jest tam park narodowy i rezerwat ptaków. Rezygnujemy jednak zostawiając sobie tę przyjemność na następny pobyt. Chorwacją jesteśmy zachwyceni. Tyle tu atrakcji, piękne widoki, ciekawe góry do zdobycia - pewnie tu jeszcze wrócimy.

Opłata za noclegi trochę nas zaskoczyła. Właściciel policzył za pierwszą noc 85 kun, a za drugą o 10 więcej. Okazuje się, że od 1 lipca rozpoczyna się sezon urlopowy i jest drożej.

 

Ploce, Omniś i Trogir; Paklenica, Velebit - parki narodowe

2 lipca 2006 (niedziela)

Wyjeżdżamy dość wcześnie. Prom odpływa o 9.00, ale według miejscowych należy przyjechać godzinę wcześniej, by zająć miejsce. Prom jest niewielki, a chętnych dużo; następny za 2,5 godz. Piękną trasą widokową jedziemy 15 km do Trpanj, gdzie jako 12. auto ustawiamy się w kolejce. Kiedy przypływa prom, rozładunek i załadunek odbywa się bardzo sprawnie. Przez 50 minut płyniemy przez Neretvanski Kanal  do Ploce, a dalej autem kierujemy się do Omniś.  W pobliżu Omniś znajduje się Kanion Cetiny i piękny wodospad (wg przewodnika Pascala). Niestety, nie udało nam się tam trafić, mylimy drogę i musimy nadrobić 45 km. Górską drogą wracamy na Magistralę Adriatycką. Szkoda, innym razem... Zostawiamy też Split ze słynnym Pałacem Dioklecjana, na który trzeba poświęcić przynajmniej jeden dzień. Udajemy się do maleńkiego średniowiecznego miasteczka na wyspie - Trogir. Miasto wpisane jest na list UNESCO ze względu na wzorcowy średniowieczny układ urbanistyczny. Miasto ze stałym lądem łączą dwa mosty. Zabudowa bardzo zwarta, wąskie uliczki, wszytko otoczone murem obronnym. W porcie przy Kanale Trogirskim podziwialiśmy przepiękne i luksusowe jachty bardzo bogatych armatorów.

Jedziemy dalej, cały czas Magistralą Adriatycką. Zatrzymujemy się na jednej z wielu plaż, które niestety rzadko są piaszczyste. Część plaży jest wybetonowana - to często spotykane tutaj. Dalej jedziemy w kierunku Szybenika, gdzie trochę kluczymy, nim w końcu znajdujemy właściwą drogę na Zadar. Poszukujemy kempingu, ale ceny nie są przystępne - 145 kun za noc, a warunki byle jakie. Udaje nam się znaleźć za 105. Na kempingu Sukosan  lodówki, grill, żelazko wliczone w cenę. Dodatkowe opłaty za pralkę i prąd. To pierwszy kemping, gdzie przyjmują kuny i euro.

Rozbijamy "obóz", idziemy na spacer po sennej miejscowości. Polską mowę słychać wyraźnie - rodacy są wszędzie. Planujemy trasę na następne dni: Paklenica, półwysep Istria. Czasu mało, a tyle chciałoby się zobaczyć.

Północna część Chorwacji jest zdecydowanie chłodniejsza, wieje zimny wiatr. Czyżby zmiana pogody?

Długo nie możemy zasnąć. Przeszkadza nam hałas pędzących po szosie tirów, a przecież magistrala jest tak daleko. 

3 lipca 2006 (poniedziałek)

Jeszcze przed ósmą opuszczamy kemping, by magistralą dotrzeć do Parku Narodowego Paklenica. Bilety po 30 kun. Ponad 2 km jedziemy do parkingu wewnątrz parku. Niewiele osób ma tu jakieś górskie buty, w większości klapki i sandałki.

Początek szlaku to jakby teren wielkiej budowy. Ciężki sprzęt, betoniarki, ogromne samochody. Trwa adaptacja schronów kutych w skale w czasie wojny. Teraz będzie tu hotel i sale bankietowe. Trasa prowadzi dołem wąwozu. Możemy podziwiać ludzi, którzy uprawiają wspinaczkę skałkową. Nawet małe dzieci, asekurowane przez rodziców, próbują swych sił.

Zaczynamy się wspinać, docieramy do jaskini Manita pecina. Na tej dość trudnej górskiej ścieżce (ostre, luźno ułożone kamienie) spotykamy ludzi kompletnie nieprzygotowanych do wędrówki: na nogach klapki plażowe, a nawet japonki, bez nakrycia głowy, bez wody. Idą z całymi rodzinami, z małymi dziećmi, jakby zeszli prosto z plaży. Piękna trasa widokowa. Okoliczne skały robią niesamowite wrażenie, często szlak prowadzony w pobliżu urwiska.

Na górze, w oczekiwaniu na wejście do jaskini Manita pecina, dłuższy postój. Oprócz biletów (po 10 kun) można sobie zakupić napoje, które cieszą się ogromnym wzięciem. Zwiedzanie jaskini tylko z przewodnikiem, trwa ok. 40 minut. Piękna szata naciekowa. Jaskinia jest czynna w godz. 10-13. W drodze powrotnej mijamy kolejnych niefrasobliwych turystów. Wypada tylko współczuć, bo zejście jest trudniejsze i gołe palce obijają się o ostre kamienie.

Wędrujemy dalej wąwozem, kilkakrotnie przekraczamy lub dochodzimy do strumienia. Tu już wody nie brakuje. Widoki przepiękne. Na koniec docieramy do niewielkiej restauracji. Powrót tą samą drogą. Teraz zupełnie inne widoki dostrzegamy.

Ruszamy dalej magistralą, przed nami sporo trasy. A tu jest tak pięknie, że co chwila zatrzymujemy się, by zrobić zdjęcia. Przejeżdżamy trasą widokową Parku Narodowego Velebit. Po prawej stronie mamy piękne góry, po lewej widok na zatki i wyspu Rab, Pag, Krka. Wyspa (a może półwysep?) Pag jest szczególna, o pomarańczowym zabarwieniu skał. W popołudniowym słońcu jawi się jak marsjański krajobraz.

Na szczycie jednej z mijanych górek robimy sobie kolejny postój. Wiatr wiał tam tak mocno, że w pewnym momencie wywiało nam z auta wieko od kartonu i zaczęło spadać w dół ze wzgórza. Kiedy Darek zszedł po wieko ogromny powiew wiatru porwał nam z auta kolejne pudełko z kartami pamięci z aparatu. Rozsypało się wszystko po szosie, po której jeździły samochody. Z trudem udało się prawie wszytko pozbierać. Część rzeczy z pudełka poleciała w siną dal... Ale zdjęcia odzyskaliśmy.

Ruszamy dalej. Dopiero teraz zwracam uwagę na znaki ostrzegawcze typu "powiewająca czapeczka krasnoludka", które są ustawione na każdej większej górce.

Mijamy Senj, Crikvenicę, Kraljevicę i docieramy do przemysłowego miasteczka Bakar. W kraljevicy był zjazd na wyspę Krk połączoną ze stałym lądem pięknym ogromnym mostem (przejazd płatny). Robi się późno, rezygnujemy więc z wypadu na wyspę Krk i szukamy noclegu.

Znajdujemy kemping w pobliżu Bakar, który jest przystankiem dla wielu turystów udających się na Istrię. Wieczorem z pobliskiego wzgórza obserwujemy wyspę Krk i sławny most.

Istria

4 lipca 2006 (wtorek)

Już o 8 rano wyjeżdżamy w kierunku półwyspu Istria. Przez godzinę jedziemy przez Rijekę. Miasto ciągnie się wzdłuż wybrzeża, a my trafiliśmy na poranny szczyt. Po raz kolejny doceniamy wszechobecne w Chorwacji skutery. Sprawdzają się na wąskich uliczkach starych miast i w wielkomiejskim tłoku.

Mijamy kolejno miejscowości: Opatia, Louran i następne kurorty z pięknymi willami, pensjonatami, jachtami na przystaniach. Sporo tu Włochów i Niemców.

Pula - zwiedzamy antyczny amfiteatr, starówkę, światynie. Wszędzie zabytki... Najbardziej okazały zabytek Puli - amfiteatr robi na nas ogromne wrażenie. Budowla w okresie swej największej świetności, mogła pomieścić 20 tys. osób. Obecnie odbywają się tu koncerty i festiwale. W podziemiach mieści się stałą wystawa ukazująca rzymską produkcję wina.

Opuszczamy Pulę i udajemy się zachodnim wybrzeżem Istrii do miejscowości Rovnij, Porec, Novigrad. Rovnij to przepiękne stare miasto z wąskimi krętymi uliczkami, które prowadzą wprost do morza. Wśród turystów przeważają Włosi, ale Polaków też nie brakuje. Promenadą obchodzimy półwysep.

Porec - zabytkowe miasteczko z bazyliką Eufrazjusza (zabytek z listy UNESCO), w której znajdują się przepiękne bizantyjskie mozajki umieszczone w absydzie nawy głównej. Zwiedzamy rzymskie forum, tzw. dom romański, fragmenty murów obronnych i spacerujemy nadmorską promenadą Riva.

Od Novigradu rozglądamy się za polem namiotowym. Ceny wygórowane 23-26 euro. Kempingi mają bardzo rozbudowaną infrastrukturę: bary, sklepy, poczta, specjalny program dla dzieci, fryzjer itp. Po 20. w miejscowości Laterna zatrzymujemy się nad jedną z adriatyckich zatok (23,90 za noc). Ostatnia kąpiel w Adriatyku o zachodzie słońca. Na plaży trwają jeszcze zajęcia dla dzieci prowadzone przez młode dziewczyny.

Późnym wieczorem planujemy nasz 3-4 dniowy pobyt w Słowenii, szczególną uwagę kierując na Triglav, który mamy zamiar zdobyć. To nasza "zielona noc" w Chorwacji.

 

 

Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )