TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Bułgaria

Spis treści niniejszej strony
Przylądek Kaliakra - monastyr Aladża - Złote Piaski - Neseber

11 lipca 2007 (środa)

Wjeżdżamy z kempingu po dziesiątej i udajemy się w kierunku Bułgarii. Droga prowadzi wzdłuż morza.

kaliakra   kaliakra__1_

Zatrzymujemy się jeszcze na dzikiej plaży w pobliżu Vama Veche. Przepiękne morze i jeszcze niewielu turystów.

Bezproblemowo mijamy granicę, gdzie dokonujemy wymiany (100euro=193 lew).

Jedziemy w kierunku Przylądka Kaliakra. To fantastyczne czerwone skały wystające 70 m ponad powierzchnię morza.

kaliakra__4_   kaliakra__5_

kaliakra__6_   kaliakra__11_

kaliakra__9_   kaliakra__8_

Wzdłuż wybrzeża ruiny fortyfikcji. Przepiękne krajobrazy, wspaniałe klify, podziwiamy też z góry grupę płetwonurków.

Jednak ogólnie Bułgaria robi na nas przygnębiające wrażenie. Jakoś tu tak smutno, biednie..

Jedziemy w kierunku Aladży, na tzw. "Złote piaski". Za czasów PRL-u miejsce wypoczynku wielu Polaków. 7 km od drogi głównej znajduje się wykuty w skale monastyr Aladża (z tureckiego aladża- wielobarwny). Ponoć dawniej na ścianach cel znajdowały się malowidła.

 

W jasnej, prawie białej skale wykute są cele i komory pustelników. Wstęp 4 lewa (drogo). Trafia się nam rosyjska wycieczka z przewodnikiem. W muzeum dużo ciekawych eksponatów.

W czasie zwiedzania spotkaliśmy Polkę - siostrę terezjankę (pochodzi z Suwałk, pracuje w Bułgarii). Robimy sobie wspólne, pamiątkowe zdjęcie.

Z Aladży jedziemy w kierunku Warny, cału czas wzdłuż wybrzeża "Złote Piaski". Warna to dziś tylko kurort. Nieliczne zabytki, historyczny związek z Polską i mnóstwo ludzi na plażach. Jesteśmy świadkami akcji ratunkowej. Młodziutką dziewczynę fale zniosły na otwarte morze. Aż pięciu ratowników uczestniczyło w akcji zakończonej sukcesem.

W banku wymieniamy 100 euro na 195 lew, w kantorze dostalibyśmy 159. Odwrotnie niż w Polsce.

Na deptaku w restauracji w pobliżu plaży jemy pizzę (dużą i bardzo dobrą), sałatkę bułgarską, zamawiamy coca-colę płacąc za wszystko razem ok. 30 zł,- Na rachunku 1/3 ceny stanowi cola.

 Wyruszamy na poszukiwanie kempingu, wg mapy to ok. 40 km. Zresztą całe mnóstwo kempingów rozmieszczono na całym wybrzeżu to dane z mapy (rok wydania 2006). Mijamy kolejne miejscowości (Bjała, Osborn) i nigdzie nie możemy odszukać żadnego kempingu. Trwają wielkie budowy, powstają nowe hotele, a kempingi polikwidowano. Dopiero w Słonecznym Brzegu informują nas, że kempingi polikwidowano, ponieważ teraz są domki i hotele. "Teraz jest cywilizacja" jak określiła jedna z właścicielek hotelu. Z trudem dogadujemy się z Bułgarami. Oni dobrze rozumieją rosyjski, ale nie chcą w tym języku rozmawiać. My nie umiemy po angielsku. Przecież to niemożliwe, by tak nagle zlikwidowano wszystkie pola namiotowe! Zrobiło się bardzo późno, a my nadal nie mamy namiotu gdzie postawić.

Jedziemy do Aluży, może tam będzie kemping? W końcu trafiamy do jakiegoś ośrodka wypoczynkowego. Dostajemy (za 20 lew)bungalow z widokiem na morze pod warunkiem, że do 10 rano opuścimy pokój, bo jest zarezerwowany. Teraz nikt nie nocuje w "pałatkach" (namiotach). Trzeba wcześniej dokonać rezerwacji. Warunki w domku straszne. Bungalowy pamiętają jeszcze okres świetności ery Gierka. Ważne, że mamy ciepłą wodę, która z prysznica spływa prosto na podłogę zalewając przy okazji sedes i wszystko dookoła. Sprężynowe łóżka przypominją koję i ogólnie jest paskudnie. W pobliskim barze proponują nam nawet "diner", ale nie ryzykujemy, regionalne piwo w zupełności wystarczy. Gości tu raczej niewielu. Wsłuchujemy się w głośny szum fal i milczymy sobie każde z osobna zastanawiając się, jak można było zlikwidować wszyskie kempingi? Marzą nam się już góry. Bułgaria nie robi na nas dobrego wrażenia - smutno i brudno tu.

12 lipca 2007 (czwartek)

Wczorajszy wiatr nagonił w nocy chmur i dzień wstaje pochmurny. Za to widok jest przepiękny. Nasz pokój jest rzeczywiście z widokiem na morze. Fale z hukiem rozbijają się o brzeg. Oprócz nas niewielu spacerujących. Prostujemy obolałe od niewygodnych łóżek kręgosłupy. Ostatnią godzinę pobytu wykorzystujemy na zrobienie ogromnego prania. Nie wiadomo kiedy teraz będziemy mieli dostęp do ciepłej wody. Mokre rzeczy wyschną po drodze, a my kierujemy się do Neseber miasteczka wpisanego na listę UNESCO ze względu na swój starożytno- średniowieczny charakter oraz przepiękne położenie na malowniczym półwyspie. Wjazd do samego miastaa odbywa się tylko z specjalnym pozwoleniem. Turyści zostawiają auta na dużym parkingu. Ceny tu dużo wyższe. Za 2 godz. parkingu płacimy aż 10 lew! - dużo, ale przecież drugi raz raczej tu nie przyjedziemy. Spacerujemy wąskimi malowniczyni uliczkami, oglądamy starożyną kolumnę z płaskorzeźbami, zaglądamy do ruin świątyń i tych starożytnych i średniowiecznych. Nistety, wszędzie widoczne plastikowe butelki, śmieci po kątach, a koszy niewiele. Ogólnie postrzegamy Nesebr jak zakopiańskie Krupówki - mały handelek "badziewiem" i brak starannego dbania o zabytki przeszłości.

W południe kończymy zwiedzanie i udajemy się w kierunku Kardżali (przez Burgas). Na trasie z Haskowa do Kardżali odbijamy w boczną drogę, by podziwiać różowe i zielone skalne grzyby z tufu wulkanicznego. Piękne i bardzo dziwne grzyby otoczone są drutem kolczastym. Sami otworzyliśmy bramę, zrobiliśmy kilka fotek i wzięliśmy na pamiątkę trochę wulkanicznego tufu.

Nadmorska równina już dawno ustąpiąła miejsca pagórkom. Krajobraz bardziej przypomina Bieszczady i Pieniny jednocześnie. Nareszcie góry! Jesteśmy zniesmaczeni plażą, snobizmem i manią wielkości Bułgarów. Może w górach będzie lepiej?

Koło Kardzali miijamy przepiękne jezioro, przy którym miały być dwa kempingi - nie było! W Kardżali w miejscu intormacji turystycznej stoi bar piwno-kawowy. "Niet kempinga" - słyszymy coraz częściej. Jedziemy więc w góry. Za ok. 90 km powinien być kemping lub schronisko. Przez ponad godzinę pniemy się wąskimi dróżkami w górę. W końcu (nawet z pomocą policjantów z drogówki) trafiamy na kemping Panorama (info z przewodnika Pascala). Okazuje się jednak, że to teraz zamknięty ośrodek dla uczniów. No to dalej i wyżej jedziemy. W schronisku Smolian Jeziero w końcu znajdujemy miejsce na postawienie namiotu. Już po 21 rozbijamy się na mokrej trawie. Tu szybko zapada zmierzch, a dziś jeszcze pada. Właścicielka schroniska niespodziewanie podnosi nam cenę za rozbicie namiotu z 2 do 5 lew. I jeszcze robi awanturę za wygniecioną trawę. A jak niby mamy rozbić namiot na niewykoszonej łące?

Cały czas mamy nadzieję, że Riła i Pirin nam wszystko to wynagrodzą, bo jak do tej pory, to mamy kiepskie wspomnienia z Bułgarii. Bułgarzy tak się ucywilizowali, że zapomnieli o zwykłych turystach. Po powrocie do Polski postanawiam napisać do Bezdroży i Pascala, jaki bułgarski bubel wypuścili na rynek i piszą o miejscach, których nie ma.

 

Sziroka Łyka - jaskinia Diabelska Gardziel - Diabelski Most - chiża w Popow Livadi

 13 lipca 2007 (piątek)

PIękny ranek, ale zimno! Bardzo zimno! Właścicielka już przed siódmą przyszła po kasę. Jeszcze upomniała, że auto ma stać na parkingu, a nie przed namiotem. Wyjeżdżamy z tego nieprzyjemnego miejsca jeszcze przed ósmą.

Na traise do Devin mijamy miejscowość Sziroka Łyka. W maleńkiej osadzie kamienne domy kryte są kamienną łupkową dachówką. Ależ taki dach musi ważyć!

Diabelska Gardziel to już kolejny cel naszej podróży. Według legendy to tu Orfeusz zszedł do podziemia, by ratować Eurydykę. Schodzimy i my wgłąb jaskini, w której groźnie huczy podziemna rzeka. Zwiedzanie trwa ok 40 minut. Powrót po betonowych schodach. Do jaskini niespodziewanie udało nam się wejść bez biletu. Staliśmy przy grupie Czechów i chyba nas tam razem policzono. (wstęp 4 lewa/os).

Wąwóz Trigarski to przepiękna i bardzo malownicza trasa wzdłuż rzeki. Zakręty, załomy skalne, urokliwe drzewa i ogromne nawisy skalne robią niesamowite wrażenie. Jeszcze przed południem docieramy do Jagodina, gdzie mieści się kolejna jaskinia. Akurat trwa przerwa na lunch. W oczekiwaniu na owarcie jaskini suszymy namiot z porannej rosy. Mamy obawy czy uda nam się wejść o 13, ponieważ zbiera się coraz więcej ludzi, a przedsprzedaży biletów nie ma. W końcu prawie sto osób wchodzi do jaskini (bilety po 4 lewa, fotografować nie wolno). Wewnątrz jaskini Bułgarzy kłócą się z przewodnikiem o możliwość robienia zdjęć. Ten groził zabieraniem aparatów. Sama jaskinia dość ciekawa, z dużymi naciekami. Niewiele rozumiemy z szybkiej mowy przewodnika, ale jaskinia jest bardzo ładna. Oglądamy ciekawe formy głazów - jakby z kuleczkami - bardzo interesująca faktura [pstryk]. Są tu również kamienne perły - bardzo ciekawe zjawisko. W największej sali znajduje się kompletnie ubrana choinka. Jest tu też kaplica, a raczej ołtarz, przy którym udzielane są śluby (dla grotołazów i speleologów). Zwiedzanie trwa godzinę.

Kiepską drogą udajemy się na poszukiwanie Diabelskiego Mostu. W końcu auto pozostaje na leśnym parkingu, a my udajemy się dalej pieszo. Docieramy niebieskim szlakiem do miejsca, ale nie widzimy nic godnego uwagi. Zawiedzeni - wracamy. W drodze powrotnej spotykamy dwóch Bułgarów. Zawracamy i wtedy dopiero dostrzegamy ten Diabelski Most. Fotki. Wracamy wspólnie z Bułgarami, którzy zaproponowali nam podwiezienie terenówką. To pierwszy miły gest ze strony Bułgarów. Jednak w górach ludzie są inni.

W pobliżu granicy z Grecją w okolicy Dolce Golczev szukamy kempingu. Dopiero w Popovi Livadi  znaleźliśmy nocleg przy schronisku. Cena za rozbicie namiotu przy chiży jest niewielka - 4 lewa. Kiedy rozbijamy naszą "pałatkę" przebywający w schronisku robią nam zdjęcia. Staliśmy się więc atrakcją turystyczną. Kiedy już nasz domek stanął na polanie pod schronisko zajechał inny polski samochód z dwójką turystów powracająchcy z Krety. Też rozbili namiot.

Postanowiliśmy z gospodarzem wypić piwo regionalne. Skończyło się na pokazie broni kbks i krótkiej. Już po 22.00 wszyscy strzelaliśmy z broni krótkiej ostrymi nabojami. Kolejny szok!

Spać idziemy po północy. Renata i Grzegorz opowiadali o swoich podróżach po świecie. Gospodarz schroniska okazał się przemiłym człowiekiem jeszcze z innej epoki. 

Melnik skalne piramidy - Bansko

14 lipca 2007 (sobota)

Raniutko szybko zwijamy obozowisko, wymieniamy adresy z Reni i Grzegorzem i ruszamy w kierunku Melnika. Nie mieliśmy okazji pożegnać się z gospodarzem, bo wcześnie rano gdzieś wyjechał.

Melnik -królestwo wina, maleńkie klimatyczne miasteczko z dość drogim winem. W Polsce ten sam gatunek można kupić o wiele taniej! Parkujemy na ryneczku i udajemy się szlakiem wzdłuż wyschniętej rzeczki w kierunku skalnych piramid. Naszym celem jest klasztor żeński w skałach, ale że szlak nieoznaczony i jest bardzo gorąo, rezygnujemy z poszukiwań. Formacje skalne przypominające egipskie piramidy są wystarczająco fascynujące i urokliwe. Żar i rozedrgane gorące powietrze jeszcze potęgują to wrażenie.

W centrum miasteczka, w cieniu i w pobliżu źródełka ustalamy dalszą trasę: Melnik - Sandanski - Rozłog - Bansko (trasa widokowa. Uzupełniamy wszystkie butelki źródlaną wodą. W Bułgarii mają wspaniałą wodę. Wszelkie źródła są obudowane murkiem, często jest przy nich ustawiona ławeczka.

Trasa do Banska jest akurat w remoncie, poruszamy się 30-40 km/h. W tym upale silnik auta pracuje coraz głośniej, a góry przed nami coraz większe. Nauczeni doświadczeniem poprzednich dni, jeszcze przed Banskiem zaczynamy szukać kempingu. Pierwszy (6 euro/os) to obskurne domki, ani jednego namiotu, zimna woda, wc paskudne. Po targu zbijamy cenę do 4 euro - i tak nie ma w czym wybierać, a sapć gdzieś trzeba.

Nie rozbijamy namiotu tylko od razu jedziemy zwiedzać Bansko. Chcemy obejrzeć wejście na szlak, by potem nie błądzić. Trochę gubimy się w mieście i Darek skręca w pierwszą przecznicę. W sklepie pyta o tani nocleg. Ekspedientka proponuje u siebie w domu (I pierto, nad sklepem). Pokój z aneksem kuchennym za 40 lei. Bierzemy!

Zostawiamy auto i spokojnie zwiedzamy miasto. W sklepie sportowym tanio kupujemy damski windstoper (70 lei). W Polsce za 140 zł nic takiego bym nie kupiła. Przy piwku w kawiarni ustalamy trasę na następny dzień. Dwudniowy szlak na Wichren (2914 m) chcemy zrobić w jeden dzień (15 i pół godziny marszu). Jeżeli wyjdziemy o 5 rano, to się może udać. Im wcześniej rano wyjdziemy, tym większy zapas czasu nam zostanie w drodze powrotnej.

Bansko - chiża Bynderica - Wichren - chiża Wichren - Bansko

15 lipca 2007 (niedziela)

Pobudka o 4 rano, wyjście na szlak o 5.15. Było jeszcze ciemno, kiedy wyruszaliśmy. Tylko daleko jaśniały szczyty gór. Spotkanie z konikiem w mieście.

Po wyjściu z miastczka droga prowadziła przez las, potem bezpośrednio narciarską trasą zjazdową. Szlak bardzo słabo wyznakowany, cyba bardziej zależy im na narciarzach niż górołazach. Trasa narcarska bardzo szeroka i jeszcze poszerzana. Co 200 m ustawiono armatki do sztucznego naśnieżania stoku. Wszystkie nowiuteńkie, lśniące. Wędrując w górę czasami udaje się nam dostrzec pozostałości po oznakowaniach szlaku pieszego.

8.30 - osiągamy pierwsze schronisko - chiża Bynderica, gdzie chwilę odpoczywamy w atmosferze zrujnowanego,  zdewastowanego i od wielu lat nieremontowanego obiektu. Schronisko budzi się do życia (okazuje się, że są tacy odważni, którzy tu nocowali!), niektórzy wychodzą na szlak. 

Okazuje się, że czas przemarszu mamy wręcz doskonały - maszerowaliśmy o 45 minut krócej, niż zakładał przewodnik. W dalszą drogę wyruszamy o 9.00. Według mp mamy ok. dwie i pół godziny marszu. Szlak początkowo łatwy (1000m przewyższenia) potem ostro idzie w górę. Mijamy sosny i świerki, które ustępują miejsca ogromnym wręcz kosodrzewinom. Potem już tylko trawa i gołoboża. Trasa przepiękna, pogoda wspaniała, ale zaczynam odczuwać zmęczenie, a do szczytu ciągle daleko. Ostatnie 200 m wysokości pokonujemy po stromych ścianach. Nie ma tu żadnych ubezpieczeń - klamr czy łańcuchów, ale skała jest dobrze urzeźbiona i dzięki temu dośc sprawnie pokonujemy ostatni etap. Tuż pod szczytem podziwiamy piękną kozicę.

Wichren (2914m) osiągamy o 12.30, czyli o godzinę później niż przewidywały mapy. Na szczycie m.in. Słowacy, którzy twierdzili, że wejście na Wichren jest zdecydowanie trudniejsze niż na najwyższy szczyt Bułgarii Musałę (2925m).

Postanawiamy schodzić możliwie najkrótszą drogą. Wybieramy kierunek do schroniska Wichren, z którego można dojechać asfaltową drogą aż do Banska. Zejście strome, ale ścieżka na południowym stoku porośnięta jest bujną trawą. W zejściu przepiękne widoki na całe pasmo Pirinu. Cały czas widoczny ładnie wkomponowany w teren budynek schroniska. Niestety, chiża Wichren - największe schronisko w górach Pirin - czasy świetności dawno ma już za sobą. Chwilkę odpoczywamy na tarasie zaglądając z ciekawości przez okna do ogromnej kuchni. Wnętrza zieją butwą, wymagają remontu, a wielkie zapuszczone garnki pozbawiają apetytu. Na szczęście mamy jeszcze swoje kanapki, batoniki, pogryzki.

Wracamy asfaltową drogą do, a raczej w kierunku Banska (ok. 17 km). Po drodze podziwiamy przepiękną starą i wyjątkowo rozłożystą sosnę, która wg Przewodnika Pascala ma ponad 1200 lat. Zejścia cały czas asfaltem, chwilami tylko bywa skrót ścieżką, gdy mijamy serpentynowy zakręt. Odnajdujemy niebieski szlak zejściowy, którym przechodzimy przez las. Szlak tak, jak się niespodziewanie pojawił, nagle się urywa. Trochę kluczymy. Wchodzimy na jakąś budowę kolejnej trasy zjazdowej dla narciarzy. W końcu niespodziewanie wychodzimy z lasu wprost na ulicę w Bansku. O 18.30 docieramy do naszego miejsca noclegowego. Pomimo zmęczenia mamy ogromną satysfakcję, że zdobyliśmy szczyt Wichren.

Kąpiel, kolacja (gorący kurczak z rożna zamówiony poprzedniego dnia u gospodyni w sklepie) i "padam" do łóżka już po 20.00. Wcześniej rozliczmay się z gospodynią - za dwa noclegi płacimy 20 euro.

Darek samotnie planuje szczegółową trasę na następny dzień.

 

Monastyr Rylski - Borovec

16 lipca 2007 (poniedziałek)

Zmęczenie z poprzedniego dnia minęło, pozostał tylko ból stóp po przejściu 17 km po asfaltowej drodze. Przypominamy sobie naszą pierwszą wyprawę na Rysy. Tam mieliśmy do pokonania tylko 5 km asfaltu, a potem stopy bolały nas bardzo długo.

9.00 - pożegnanie z gospodarzami i w drogę, w kierunku Monastyru Rilskiego, który jest narodowym sanktuarium Bułgarów.

Parking przed monastyrem duży i drogi - 4 lewa, ale już wstęp do świątyni i całego zespołu klasztornego jest bezpłatny. Podczas zwiedzania obowiązuje stosowny strój. Wzięłam na tę okoliczność spódnicę, ale wystarczyły dłuższe spodnie i zakryte ramiona. Bluzeczki na cieniutkich ramiączkach i krótkie spodenki zakonnicy każą przykrywać mało gustownymi fartuszkami, które rozdają przy wejściu.

W wewnątrz świątyni obowiązuje zakaz fotografowania. Nie robimy żadnych zdjęć. Mamy za to okazję podziwiać relikwie Iwana z Riły - założyciela sanktuarium. Relikwie pokazywane są nielicznym wiernym za dodatkową opłatą. Jakiś Bułgar zapłacił za chwilkę (dosłownie) modlitwy nad otwartymi relikwiami. Opiekujący się nimi zakonnik szybko zamknął je w specjalnej skrzyni.

Podziwiamy malowidła, wystrój świątyni, przepiękną koronkową wręcz snycerkę na ołtarzach.

Kiedy przebywaliśmy na terenie obiektu, czynne były dwa muzea (wstęp 2 lewa). Wszędzie, poza świątynią, można robić zdjęcia. Można tu też przenocować w specjalnych celach zakonników, ale pobyt w takim hotelu do tanich nie należy. Na parkingu czynne jest źródło wody. Jak zwykle przy takiej okazji nabieramy wodę we wszystkie możliwe butelki.

Trasą na Smokovec udajemy się do Borovca, skąd jest wyjście na szlak, by zdobyć Musałę -  najwyższy szczyt Bułgarii. Borovec to kolejna stolica sportów zimowych. Więcej tu sezonowych hoteli niż mieszkańców. Objeżdżamy cały Borovec i w końcu na parkingu przed największym hotelem "Riła" zatrzymujemy się na kawę. Zwiedzamy okolicę. Turystów niewielu. Nieliczne sklepy w większości zamknięte. W spożywczym drogo - ceny cyferkowo takie same jak w Polsce, ale 1 lew to 2 zł. Leniwie mija nam popołudnie.

Około 20. jedziemy w kierunku naszego szlaku na Musałę. Według mapy ma się tu znajdować schronisko Bistrica. Na miejscu okazuje się, że schronisko to stało tam dawno temu, a teraz znajduje się jakiś obiekt czynny od 10 do 15. Teren ogrodzony i monitorowany. No, ale przynajmniej wiemy, gdzie ma się zaczynać szlak.

Po raz kolejny trzeba weryfikować plany. Na szukanie kolejnego schroniska już za późno. Szukamy więc odpowiedniego parkingu. Trochę martwi nas sytuacja "gdyby milicja przyjechała", ale zawsze możemy się wytłumaczyć, że szukaliśmy chiży Bistrica. W Bułgarii nocleg, rozbijanie namiotów na dziko jest zabroniony. Kiedy czynimy przygotowania do jutrzejszej wyprawy, na parkingu zjawia się kolejne auto - 4 Polaków. Są pierwszy dzień w Bułgarii i też szukają schroniska Bistrica. Mają namioty i Musałę chcą zdobywać przez dwa dni.

Kiedy my idzemy spać, nasi rodacy jadą do Borovca szukać wrażeń i jedzenia w kawiarniach i nocnych lokalach miasteczka. Nocleg w aucie trochę nerwowy. Sen zakłócił na długo głośny powrót rodaków i ich rozbijanie namiotów w pobliskim zagajniku. 

Musała 2925 m

17 lipca 2007 (wtorek)

 Pobudka o 4.50. Na szlak wychodzimy o 5.35. Jest jeszcze ciemno. Nasi znajomi jeszcze pochrapują w namiotach. Bez trudu odnajdujemy drogę. Szlak w większości dobrze wyznakowany. Powoli wstaje świt, a my powoli acz systematycznie pniemy się w górę.

Trasa widokowo przecudna. Wschód słońca przepiękny. W kosodrzewinach mijamy turystów, którzy w pośpiechu zbierają swoje obozowisko. Taki nocleg jest tu zabroniony! Mijamy niedokończone schronisko - teraz straszak. Niewielu tu turystów, ale nie jesteśmy sami.

Kolejne schronisko chiża Musała - wewnątrz miła atmosfera, przytulnie. Zimowy szlak na Musałę w górnych partiach wyznaczają tyczki. Szlak letni to dość szeroka ścieżka gęsto usypana piargami. Docieramy do najwyższego punktu Bułgarii. Musała 2925m wita nas wspaniałą pogodą, przepięknymi widokami i klatką z obserwatorium meteorologicznym. Po sesji fotograficznej zamawiamy sobie herbatkę (ziołowa, ciepła, słodzona). Jak na razie to najwyżej wypita herbata. Robimy sobie wspólne zdjęcie z Bułgarami, obiecujemy wysłać fotki e-mailem po powrocie do Polski.

Droga powrotna do schroniska Musała jest taka sama, jak wejściowa. Spotykamy symatyczną parę Polaków wędrujących z ogromnymi plecakami. Rozbijali namiot przy schronisku, ale obsługa bardzo długo nie chciała się na to zgodzić.  

Mamy dobry czas, jest wcześnie (minęło południe), więc decydujemy się na przejście inną, mniej znaną i nieoznakowaną w całości trasą. Zawierzyliśmy mapie i opisowi prostego zejścia z Przewodnika Bezdroża i to był błąd. Ruszyliśmy w dół prostym i dobrze oznakowanym szlakiem pod kolejką. Przy okazji znaleźliśmy ładną bransoletkę i markowe okulary p/słoneczne. Czego to ludzie nie gubią... Szlak zaprowadził nas do trasy zjazdowej, bardzo stromej  i zarośniętej ostrą trawą. Przy stacji kolejki nie znaleźliśmy oznakowań, szliśmy za wskazówkami z przewodnika. W końcu dotarliśmy do miejsca zrywki. W dole cały czas widzieliśmy Borovec, tylko nie wiedzieliśmy, jak do niego dotrzeć. Las zagęszczał się coraz bardziej, żadnych szlaków, znikające dróżki. Błądziliśmy...

W końcu Darek trafił na rurę doprowadzającą wodę z gór do miasteczka. Zeszliśmy wzdłuż tej rury przedzierając się przez ogromne chaszcze. Udało nam się dotrzeć do oznakowanego już szlaku. O 16.50 dotarliśmy do auta.

Zmęczenie, stres i złość, ale w końcu wszystko skończyło się dobrze. Mycie w lodowatej wodzie przywróciło nam siły. Wracamy do Borovca.

Pamiętając sters związany z przejazdem przez Bukareszt, stolicę Bułgarii - Sofię chcemy ominąć odległą obwodówką. Jedziemy w kierunku Novi Iskar. Szukamy noclegu. Robi się późno, a w mijanych miejscowościach nie ma kempingów, agroturystyki, kwater do wynajęcia. Kiedy w końcu trafiamy na hotel, okazuje się, że tego dnia jest zarezerwowany. Qurcze!!!

Sytuacja nie wyglada zbyt ciekawie. Po zapadnięciu zmroku nie mamy co liczyć na znalezienie kwatery prywatnej. W miejscowości Swore (Cbope) zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Obsługę prosimy o możliwość zaparkowania auta i przespania się 2-3 godziny na terenie stacji. Miła pani z obsługi stwierdza, że "tu niet hotela"  i z uśmiechem wskazuje nam miejsce obok tira. Jest godzina 22., na stacji gra głośna muzyka, światła latarni świecą nam prosto w twarz, a my rozkładamy siedzenia i przykrywamy się jednym kocem. Mamy za sobą trudny dzień w górach i zdecydowanie wolelibyśmy tę noc spędzić w łóżku, ale trudno...

18 lipca 2007 (środa)

Budzę się, kiedy kierowca urochomił silnik pobliskiego tira. Jest 5.40. Na stacji nowa zmiana, przespaliśmy 8 godzin. Porządkujemy auto; toaleta, tankowanie i pożegnalny uśmiech z pracownikami stacji. Jedziemy dalej... 

Wąwóz rzeki Iskar-Jaskinia Ledenika-Bielogradczik-Calafat przeprawa przez Dunaj

18 lipca - to już ostatni dzień pobytu w Bułgarii. Od dwóch dni nie widzieliśmy prysznica, łóżka niestety też nie. 

Jedziemy zwiedzać wąwóz rzeki Istar.

W sklepie kupuję świeże pieczywo i masło. W sklepach Bułgarii można sobie zamówić filiżaneczkę kawy z ekspresu. Jest bardzo aromatyczna, ale maszynki do kawy wyjątkowo zapuszczone, a kawa podawana jest w maleńkich kubeczkach jednorazowych.

Trasa widokowa wzdłuż rzeki jest przepiękna. Na jednym z przełomów rzeki znajdujemy parking i robimy sobie dłuższy postój.

Podziwiamy przepiękną strukturę skał, szczególnie tych czerwonych, które są tak kruche, że rozsypują się  w dłoni. Zachwycają kute w skale tunele dla trakcji kolejowej. Przepiękne są wiadukty spinające ściany wąwozu.

Około 10. docieramy do słynnej jaskini Ledenika. Należy do najchętniej odwiedzanych jaskiń w Bułgarii. Niestety jest zbyt wcześnie i zbyt mało osób zebrało się do zwiedzania. Na razie są cztery. Postanowiliśmy poczekać i warto było. Parę minut po jedenastej zebrała się właściwa grupa. Wstęp 3 lewa/os i można było robić zdjęcia. Podziwialiśmy przepiękną szatę naciekową.

Przez miejscowość Montana kierujemy się do zamku Bielogradczik. Historia zamku sięga jeszcze czasów rzyskich. Budowla obronna przepięknie wkomponowana w system skał.  W słoneczne popołudnie zwiedzamy zamek w temperaturze dochodzącej do 40 stopni. Żar się z nieba leje, od skał odbija się upalne powietrze. Dłuższe zwiedzanie w tych warunkach grozi udarem. Szkoda, że jest aż tak gorąco, bo fortyfikacja jest imponująca.

Przy wejściu do zamku w pobliskim barze, "studzimy" rozpalone głowy wodą wprost z lodówki. W pobliskim źródełku uzupełniamy zapasy wody pitnej i jedziemy w kierunku przeprawy promowej przez Dunaj. Jedziemy na ponowne spotkanie z Rumunią.

Calafat - około 17 docieramy na przeprawę promową przez Dunaj. W porcie stoi kilka tirów. Jesteśmy jedynym autem osobowym. W oczekiwaniu na prom nawiązujemy sympatyczną pogawędkę z przemiłym Bułgarem - kierowcą tira. Przez godzinę Bułgar wspomina swoje pobyty w Polsce, my opowiadamy, co zwiedziliśmy w jego kraju, pokazujemy zdjęcia. Pomimo iż prom pojawił się w porcie o 18, to załadunek aut rozpoczął się dopiero po 19. Prom jest bułgarski, więc opłaty mogą być w lewach. Pierwsi wjeżdżamy na pokład, potem tir naszego znajomego. Załadunek odbywa się bardzo sprawnie, auta ustawiają bardzo blisko siebie. Kiedy prom rusza, wszyscy udają się do kajuty kapitana celem dokonania opłat. Na szczęście idę z naszym nowym znajomym, który pilnuje, bym mogła płacić w lewach i nie pozwala mnie oszukać. Ceny promu: 35 lew auto, 2x 6 lew za osoby. Zdenerwowany kapitan myli się na moją korzyść i płacę 42 lewy za całość. Nie protestuję, wcześniej chciał, bym tę kwotę dała mu w euro.

Dunaj jest wielki  i majestatyczny. Oba brzegi niewiele się różnią, a to przecież dwa tak różne kraje. W połowie drogi mijamy się z kolejnym promem. Nasz znajomy informuje nas o opłatach portowych w Rumunii - przygotować 20 lei, bo bułgarskich pieniędzy nie przyjmą. Ewentualnie może być w euro. Żegnamy się z bułgarskim kierowcą, wiele nam dziś pomógł. Od razu w porcie płacimy 20 lei, a chwilę potem pozbywamy się u portowego cinkciarza ostatnich 17 lew (za 20 lei). Zdajemy sobie sprawę, ze to kiepski kurs, ale lewy nie będą nam już potrzebne.

Witaj Rumunio!

Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )