TREKKING

WYPRAWY i WYCIECZKI GÓRSKIE

Góry Bihor

Więcej zdjęć w FOTOGALERII Góry Bihor

Spis treści niniejszej strony
Jasikinie: Meziad, Ursilor

12 lipca 2009 (niedziela)

Jak dobrze wstać skoro świt...  Jest szósta rano. Nad brzegiem rzeki pojawiają się pierwsi spacerowicze z pieskami. Pakujemy do bagażnika "zestaw noclegowy" (koce, dresy), kawa - i wyruszamy w dalszą drogę.

9.00 - granicę węgiersko - rumuńską przekraczamy w Arates k/Oradei. Odprawa paszportowa, celnik pyta nas o cel podróży. Szybko staramy się wymienić wszystkie pasma, które chcemy zwiedzić: Padis, Bucegi, Fogarasze, Izer, Retezat...  Zmieniamy czas na 10.00. Wymieniamy 100 € na 395 lei (RON). Słabiutki kurs, liczyliśmy na więcej. Kupuję rowinietę za 29,52 lei. Reszty z 30 nie dostaję.

10.45 - Oradea - tankowanie gazu - 1,85 lei za litr.

13.50 - Jaskinia MEZIAD wstęp 8 lei za osobę. Wejście do jaskini znajduje się o 15-20 minut marszu od parkingu. Jest niedziela, sporo chętnych do zwiedzania. Przewodnik kompletuje grupę, w większości Rumuni. Pan po angielsku usiłuje nam trochę opowiedzieć o historii odkrycia jaskini. Udajemy, że rozumiemy. Niestety - większość wiadomości znamy z przewodnika, reszty możemy się tylko domyślać. Przewodnik rozdaje niektórym śmierdzące lampki karbidowe. Mamy swoje latarki - ta jaskinia nie ma oświetlenia sztucznego. Około godziny trwa zwiedzanie, dowolność robienia zdjęć bez opłat.


meziad1.jpg meziad4.jpg
meziad2.jpg meziad6_1.jpg

Po 15.00 wychodzimy z jaskini i dnem doliny Valea Pestrei  wracamy do auta. Może uda nam się jeszcze dzisiaj zobaczyć jaskinię niedźwiedzią Pestera Ursilor?

Do Chiso, gdzie znajduje się jaskinia, docieramy ok. 16.15. i szybko kierujemy się do wejścia. Mijamy po drodze stragany i budki z małą gastronomią. Wszędzie reklamy pensjonatów. No i ludzi tu znacznie więcej niż w jaskini Meziad. Bilety po 15 lei za osobę, wejście o 17. Fotografowanie za dodatkową opłatą. Z biletem otrzymujemy foldery reklamowe z ładnymi zdjęciami jaskini. 45 minut zwiedzania z przewodnikiem. Przepiękne stalaktyty i stalagmity, wspaniale podświetlone. W jednej z sal pozostawiono kości niedźwiedzi. Nazwa jaskini pochodzi od znalezionych tam kości ok. 140 uwięzionych przez zasypanie jaskini, niedźwiedzi.


nied__wiedzia2.jpg nied__wiedzia3.jpg
nied__wiedzia5.jpg nied__wiedzia6.jpg

18.00 - kierujemy się w stronę pensjonatu La Mama. Droga fatalna, chwilami mamy wątpliwości, czy dobrze jedziemy. Z naprzeciwka mija nas wiele samochodów, tylko my udajemy się w stronę gór Padis. Kierunkowskazów brak. Poruszamy się wg mapy, wzdłuż rzeki.

19.00 docieramy do pensjonatu. Trochę trwają negocjacje (angielski obu stron jest fatalny) - 10 € za noc za osobę, 20 € za pokój. Warunki mamy bardzo dobre. Własna łazienka, dostęp do węzła kuchennego - robię porządną obiadokolację. Kiedy kończymy kolację, pojawiają się Czesi: Karolina, Martin i Paweł. Jakoś udaje nam się porozumieć. Plany mamy te same, ale oni chcą się wyspać i wyruszą w trasę trochę później.


dolina_Valea_Pestrei.jpg kolorowe_domy.jpg
droga_do_Chiso.jpg la_mama1.jpg


Wąwoz Cheile Galbenei

13 lipca 2009 (poniedziałek)

6.15 - pobudka, 7.45 wychodzimy na szlak, który jest - jak zwykle - bardzo słabo oznakowany. Gubimy szlak żółty, idziemy drogą według mapy, odnajdujemy znaki, by za chwilę znów je zgubić.

11.10 - docieramy do rozwidlenia szlaków, dojście do wąwozu Cheile Galbenei. Chwilę zastanawiamy się nad wariantem trasy - 2,5 godz. obejście całego wąwozu. Ruszamy o 11.45.

Strome, śliskie podejście. Po wyjściu z bukowego lasu gubimy ścieżkę i oznakowanie. Cofamy się do ostatnich znaków i odnajdujemy wydeptaną ścieżkę bez oznakowania, które pojawia się znowu, gdy wchodzimy do lasu. Teraz są malowane na co drugim drzewie - paranoja! No cóż, takie tu znakowanie - trzeba się przyzwyczaić i uważnie studiować mapę. A mapy też zbyt dokładne nie są.

Zaliczamy kolejno trzy punkty widokowe. Ze wszystkich niewiele widać, a już na pewno nie można zobaczyć dna wąwozu. Ot, szczyty skał, wierzchołki drzew, mała przepaść.

 po_drugiej_stronie_rzeki.jpg  punkt_widokowy4.jpg

13.00 - docieramy do źródła Izbucul Galbenei. To właśnie stąd, wprost z ziemi, spod skał wypływa rzeka. "Górą" obeszliśmy całą zachodnią stronę wąwozu Galbenei. Przy źródle szlak przechodzi w dół wąwozu. Mamy zamiar wracać dołem wschodniej strony wąwozu. Jest dość wcześnie więc postanawiamy skierować się do jaskini Focul Viu niedaleko Piatra Galbenei. Z mapy wynika, że to niezbyt daleko. Mozolnie wspinamy się pod górę. Śliskie bukowe liście, gliniane, rozmoknięte podłoże, nie ułatwiają nam zadania. Przynajmniej tutaj szlak jest dobrze oznaczony.

W lesie spotykamy przemiłą rumuńską rodzinę. Mężczyzna tłumaczy nam, że z tego miejsca to będziemy szli 3 godziny do jaskini i jeszcze trzeba dodać 1 godz. Doradza nam dojście do Focul Viu z Canton Glavoi. Zawracamy więc do źródła i tam spotykamy "naszych" Czechów gotujących zupki chińskie z wkładem grzybowym zebranym po drodze. (A ja protestowałam przeciw zabieraniu kuchenki w trasę, a to taki dobry pomysł!)

15.00 - pomimo ostrzeżeń młodych Rumunów o dużej wodzie, łańcuchach i trudnych przejściach decydujemy się na przejście dnem wąwozu Galbenei. Tuż za źródłem szlak ostro pnie się w górę. Oznakowanie dobre, a i ścieżka wygląda na uczęszczaną. Łańcuchy ułatwiają przejście po śliskich kamieniach. Potem szlak schodzi niżej, do rzeki. Z góry podziwiamy wspaniałą rzekę spływającą kaskadami.

Schodzimy ze szlaku, by zajrzeć do pieczary, gdzie z hukiem znika groźna rzeka. Rzeka wypływa z drugiej strony jaskini. Schodzimy też do kolejnej jaskini, gdzi espotykamy dobrze wyekspediowanych Niemców. Za namową jednego znich postanawiamy spenetrować tę 200 metrową pieczarę. Wewnątrz płynie rzeka, mamy słabe czołówki więc jest dość ciemno. Fotki. Okazuje się, że tą jaskinią można dojść aż do wodospadu Casc. Evantai. Nad wodospadem jest nawet oznakowanie szlaku.

 jaskinia2.jpg  2jaskinia5.jpg

Wodospad to nowe trudności: wartki strumień, bardzo śliskie kamienie i wysoka woda. Dostrzegamy ułatwienia w postaci stalowych lin - wolno, ale skutecznie przechodzimy bez zamoczenia. Jeszcze jedne trudności - ruchomy łańcuch zawieszony na skale, po którym trzeba przejść. I już koniec wąwozu. uff... to było emocjonujące przejście.

 liny2.jpg  liony7.jpg

17.20 Dotarliśmy do głównej drogi i tabliczki informacyjnej, że obejście zajmuje 2,5 godz. Nam zajęło prawie sześć godzin, ale warto było.

19.40. Pensjonat La Mama. Nasza niewielka traska na "rozchodzenie" wyniosła 12 godzin.

Chwilę po nas wracają Czesi. Szli zachodnią górną częścią wąwozu. Ustalamy wspólny wyjazd do Canton Glavoi.

Wieczorem staramy się znaleźć jak najwięcej informacji na temat Cetatile Ponorului . Tak mało brakowało, a nie poszlibyśmy dołem wąwozu Galbeneii i tyle pięknych rzeczy by nas ominęło.

Mamy troszkę szczęścia i pogoda nam dopisuje! A Rumunia jest przepiękna!

Wąwóz Cetatile Ponorului, jaskinia Focul Viu

14 lipca 2009 (wtorek)

Z pensjonatu wyjeżdżamy razem z Czechami o 9.30. Droga przy Piatra Buzului i Plai jest wyjątkowo paskudna i raczej nadaje się dla jeepów, a nie dla aut o niskim zawieszeniu. Mijamy sporo nowych pensjonatów. Rozstaje dróg w Saua Scarita: na lewo - Padis, na prawo Glavoi Canton -4 km. Wjazd do doliny zaskakakuje nas skupiskiem namiotów. W barze dowiadujemy się, że rozbicie namiotu jest free, tylko śmieci trzeba ze sobą zabrać. Już nam się podoba :)

10.45 - Czesi jeszcze zostają, a my wyruszamy na szlak szutrową drogą biegnącą obok pola namiotowego w kierunku Cetatile Ponorului. Wędrujemy krótko przez las i już za chwilę schodzimy na dno wąwozu. Sporo tu ubezpieczeń w formie metalowych lin, które znacznie spowalniają ruch turystów. Osiągamy dno Doliny 1 Wąwozu Ponorului. Docieramy do miejsca, gdzie w zagłębieniu skał huczy rzeka, która wg mapy płynie pod ziemią. Darek próbuje spenetrować na bosaka dno jaskini, ale śliskie i ostre kamienie skutecznie mu to utrudniają. Postanawiamy wrócić tu jutro z drugą parą butów. 

Wspinamy się po skałach do Doliny 2 i schodzimy w dół. Wspinaczka po metalowej drabinie, zejście po rumoszu skalnym i już osiągamy Dolinę 3. Zatrzymujemy się na popas  u wlotu ogromnej jaskini. Obserwujemy jak część turystów schodzi w czarną jamę jaskini. Mają tylko niewielkie czołówki, część osób idzie w adidasach. Nabieramy ochoty, by tam zejść - w końcu jesteśmy lepiej wyposażeni. Jakiś chłopak ostrzega nas - No, easy road! Big water! E, tam - idziemy!

jaskinia2_1.jpg

jaskinia6.jpg
 woda wypływa wprost ze skał  wyjście z jaksini
Już po chwili nie widzimy światła słonecznego, robi się bardzo ciemno. Jaskinia wygląda groźnie, ale w oddali migają nam światełka innych turystów. Zachwyceni - idziemy pod prąd rzeki Cetati, skaczemy po kamieniach, wykonujemy mnóstwo zdjęć. Zniknęli gdzieś inni turyści, za nami nikt nie idzie, rzeka ogłusza hukiem. Pokonujemy około 400 m - ale jazda!!! Miniej więcej w połowie drogi jaskinię rozświetla trochę światła słonecznego, które wpada tu poprzez otór w sklanej ścianie. Wyjątkowo pięknie to wygląda. Wybieramy możliwie najłatwiejszą drogę po kamieniach. Poziom wody po ostatnich opadach jest bardzo wysoki, ale udaje nam się przejść nie mocząc się. Jakież było moje zdziwienie, gdy w końcu wyszliśmy na powierzchnię w Dolinie 1, którą to mieliśmy ekspolorwać następnego dnia.

 

14.00 - wracamy do Doliny 3. Po krótkim odpoczynku pniemy się w górę do punktów widokowych na zachodniej ścianie wąwozu Doliny 3. Ależ widoki - dopiero z góry można docenić ogrom i skalę tego wąwozu. Żółtym szlakiem kierujemy się do studni Av. Bortig - ogromny skalny lej podobny do ocembrowanej studni. Na dnie tego leja mały lodowczyk. Fotki, fotki, fotki... Wędrujemy dalej wśród skał, które przypominają trochę nasze Pieniny. Przepiękne widoki!

17.00 - kierujemy się do Piatra Galbenei, do jaskini lodowej Focul Viu. Wejście do pieczary zagrodzone jest drewnianymi belkami. Lodowce można podziwiać tylko z daleka, chociaż na śniegu widać wyraźne ślady stóp.

 focuk_viu2.jpg

 focul_viu3.jpg

Jaskinia oprócz otworu bocznego zabezpieczonego deskami posiada jeszcze otwór na szczycie góry, przez które wpada światło. Ponoć najlepiej obserwować lodowiec w południe, gdyż wtedy jest odpowiedni kąt padania światła i wydaje się, jakby lodowiec płonął. Niestety, o zachodzie słońca nie ma takich efektów!

Chwilę przed 19 jesteśmy już na polu namiotowym. Kolejna "krótka" trasa zajęła nam 8 godzin i była niezwykle emocjonująca. Rozbijamy namiot. Nad ogromnym polem namiotowym snuje się dym z wielu ognisk. Brakuje tu węzła sanitarnego. Mycie się w strumyku i wc w pobliskim lesie - to niezbyt komfortowe warunki, ale atmosfera tego półka jest wspaniała. Zasypiamy przy dźwiękach gitary i pięknym rumuńskim śpiewie.

Cheile Somesului Cald, jaskinia Cetatile Radesei, Padis

15 lipca 2009 (środa) dzień 5.

9.00 - w trakcie naszego śniadania juhasi przeprowadzają obok pola ogromne stada owiec. Chwilę potem wśród namiotów pojawiają się konie. Turyści dokarmiają je chlebem. Widok tylu koni, które wręcz domagają się karmienia, jest niesamowity!

 konie2.jpg

izbul4.jpg 

9.30 - nieznakowaną ścieżką idziemy w kierunku  Poiana Ponor. Po 20 min marszu docieramy do szlaku znakowanego na niebiesko i żółto. Idziemy wzdłuż rzeki V. Bradetanului. Chwilę potem docieramy do wejścia do jaskini, z wnętrza której wypływa woda - przepiękne źródlisko! Wracamy na pole namiotowe, pakujemy się i o 11.45 wyruszamy z kempingu. W Saura Scarita skręcamy na prawo do anton Padis. Żwirowa droga chwilami całkiem niezła, częściej jednak trafiają się straszne dziury i wystające kamienie. Kałuże po ostatnich deszczach też jeszcze nie wyschły. (Oj, jak się nasza Sienka musi namęczyć!)

12.30 - wjeżdżamy na wielką górę, w pobliżu jakiś szałas, jakby zabudowania. To pewnie przełęcz Saua Varasoaia. Gospodarz pozwala ustawić auto na trawie. Przygotowujemy się do wyjścia, gospodarz towarzyszy nam do momentu przyjazdu innej pary. Ruszamy drogą szutrową. Spokojnie można było podjechać jeszcze jakieś 1,5 km. Kiedy droga ostro skręca w lewo, po prawej stronie odnajdujemy oznakowania naszego szlaku do Cheile Somesului Cald. Kierujemy się do jaskini Cetatile Radesei. Tuż przed nią spotykamy sporą grupę polskich studentów. Wyszli z jaskini i wędrują z namiotami do Padis. Docieramy do ogromnego wejścia do pieczaryi. Strumyk, wzdłuż którego szliśmy, ginie gdzieś pod skałami. Jaskinia jest dobrze oznakowana. Zakładamy czołówki i schodzimy wgłąb po zbutwiałej drabinie. Całe szczęście, że jest jeszcze łańcuch. Niżej nie dociera światło słoneczne. Pod nogami mamy trochę wody. Robimy mnóstwo zdjęć. O! Ktoś za nami idzie! Nie jesteśmy sami!

Sprawnie pokonujemy naturalne przeszkody: wspinamy się na mokre skały, omijamy zbutwiałe pnie drzew. Wysoko nad nami światło słoneczne przeziera przez maleńki otwór. Wspaniałe efekty wizualne. Jaskinia przepiękna - taka wielka, tajemnicza i dzika! Już widać światło. Wychodzimy z jaskini wprost w upalne oślepiające słońce. Dotarliśmy do wąwozu Cheile Samosului Cald. (Bazarul Somesului)

14.15 - popas na rozstaju szlaków. Trochę tu tłoczno, jak na rumuńskie warunki. Postanawiamy obejść cały wąwóz. Decydujemy się na przejście wzdłuż strumienia - Już po chwili gubimy szlak, a tak dobrze dziś było. Strumień wg mapy biegnie wzdłuż całego wąwozu. Ten szlak jest nieznakowany, ale zaznaczony na mapie - czyli możliwy do przejścia. Mamy nadzieję, że uda nam się przejść przez rzekę  Somesul Cald . Brzegi są kamieniste i bardzo śliskie. Rzeka momentami jest bardzo głęboka, po obu stronach strome ściany wąwozu. Po ostatnich opadach strumień ma wartki prąd. Zawracamy... Trzeba wąwóz obejść górą. Cofamy się do ostatniego widzianego znaku, odnajdujemy szlak i mozolnie rozpoczynamy wspinaczkę w górę. Lasem obchodzimy wąwóz. Punkt widokowy  Belvedere  - wspaniały widok na płynącą w wąwozie rzekę.

Idziemy przez las raz w górę, raz w dół, znowu w górę i ostro w dół. Na trasie nie spotykamy nikogo. Jest późne popołudnie, pewnie wszyscy już przeszli. Powinniśmy się zbliżać do drogi - tak przynajmniej wynika z mapy. Jest! Jeszcze 200 m i docieramy do brzegu rzeki, którą przechodzimy po kamieniach.

17.00 - a my jesteśmy u wejścia do wąwozu. Zrobiło się późno, a przed nami sporo drogi. Po 15 min. docieramy do jaskini P. Honu. Wchodzimy do środka, po ok. 20 m jaskinia zakręca i tu kończy się dzienne światło. Darek idzie dalej z latarką. A jak z pieczary wyjdzie niedźwiedź? Nie wyszedł! Wracamy na szlak. Teraz jest zdecydowanie łatwiej, już nie ma takich przewyższeń. Obserwujemy wąwóz z góry.

Spotykamy na szlaku dwie zagubione Niemki. Z pomocą naszej mapy wyjaśniamy, że ich droga powrotna będzie trwała 3 godziny. Zawracają i idą za nami. I dobrze, bo wyglądały na zmęczone.

17.50 - docieramy do rozstaju szlaków. Już niedaleko. Tym razem idziemy górą, nad jaskinią Cetatile Radesei.Ten szlak też jest dobrze oznakowany. O 18.30 jesteśmy przy aucie. Nasz rumuński gospodarz nie chce nas wypuścić, gotów częstować palinką lub innym specyfikiem. Proponuje nawet nocleg.

20.00 - docieramy do Padis. Sporo tu namiotów, ale bez węzła sanitarnego. Szukamy czegoś z prysznicem. WYpatrujemy na wzgórzu duży pomarańczowy dom - to restauracja z miejscami noclegowymi. Za pokój 2-os. trzeba zapłacić 70 lei, nocleg w wielkiej beczce po piwie (z pościelą) 60 lei, a rozbicie namiotu 50 lei. Bierzemy pokój. Gorący prysznic stawia nas na nogi i już po kolacji idziemy zwiedzać Padis. Dalekko nie uszliśmy, jakieś 300 m dalej spotykamy rodaków z Gdańska (doszli tu z plecakami aż z Stana de Vale). Wymiana doświadczeń, wspólne piwo...

Treść nowego pytania:
Komentarze internautów
Dodaj swój komentarz (maksymalnie 4000 znaków)
Nick:
[ Cookies - info ]Oprogramowanie CMS: DragoN-NogarD © ( www: http://nogard.pl )